Przychodzisz do mnie z siekierą, to znaczy, że też nie jestem Ci obojętna

Ideałem było dla mnie życie bezecne i podłe.

Francoise Sagan

W swoich snach zawsze jestem w drodze. Czasem jadę samochodem, rzadziej w siodle, ale zawsze w ruchu: biegnę spóźniona rozciągającą się pod moimi butami jak guma ulicą, albo schodzę w dół po zboczach miękkich jak poduszki zielonych wzgórz krętymi, wąskimi ścieżkami, jakimiś zapomnianymi, na pół dzikimi, na pół cywilizowanymi alejami tajemniczych ogrodów. Dziś znowu wychynęłam zza krystalicznie zielonej kępy wściekle majowych bzów prosto w drzwi domu obłożonego grubą, skórzastą warstwą szarego tynku, idei domu powszedniego sprzed czterdziestu lat. Spotkałam tam grupę zasłużonych naukowców mojej dziedziny, przechadzających się z kieliszkami w dłoniach, rozmawiających przyciszonymi głosami, jakże pasującymi do zapadającego aksamitnie, intensywnie wiosennego wieczoru. Maleńka, kruchutka profesorka ruszyła ze mną dostojnym krokiem w dół migoczącej w mroku ścieżki. Rano pamiętałam jej twarz i nie pamiętałam jej słów. Mówiła dużo i krzepiąco, mówiła o tym, że jest trudno i warto czekać, warto szukać i walczyć, warto być i warto chcieć. Pożegnała mnie pod opiekuńczo rozpostartym pawilonem – tam została, niższa od sztalugi z ogromnym zdjęciem za szkłem, taka mała i mądra, a ja skinęłam jej głową i odwróciłam się, by kontynuować mój marsz mimo zmierzchu.
Wczoraj byłam u E., krążyłam po pokoju z wysoką szklanką miodowego piwa w ręce i wyznawałam wszem i wobec (byłyśmy w pokoju same, nie licząc trzeciej dziewczyny, odgrodzonej od nas wielkimi słuchawkami i ekranem laptopa), że nie żałuję sześciu lat spędzonych w dwóch miejscach jednocześnie, że chociaż sztuka i literatura nijak mają się do trawienia salcesonu i niezgrabnych pieszczot, do cuchnącego wielodniowym potem autobusu miejskiego i cyfr wstukiwanych bezmyślnie do arkusze Excela, do wykoślawionych paluchów i przewlekłej niestrawności splecionej ze wzdęciem – niczego nie żałuję. Trochę mi zabrało utwierdzenie samej siebie w tej myśli. Patrzę czasami na kurz obrastający monitor komputera na moim biurku w pewnym zapleśniałym biurze w krakowskiej kamienicy i tak strasznie czuję upokorzenie i bezsens. Ale to śmierdzące nadgnitymi wykładzinami biuro nie da rady już zmienić tego skrzącego szkieletu, który utkałam sobie w sobie ze słów i obrazów.
Stareńka profesorka mówiła o młodych historykach sztuki, którzy chcą więcej, jej słowa zmieszały się ze słowami wypowiadanymi przez E. poprzedniego wieczora, zlały się w jeden ciąg spokojnego silnego głosu, który kołysał mnie we śnie, zapewniając: nie zmyliła cię droga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *