Czerwony szlak

Postaw jedną stopę, a za nią drugą. I powtarzaj przez blisko dwieście kilometrów. Słońce wstawało i z niedowierzaniem dotykało mnie promieniami, dziwiąc się, co to za zwierzątko idzie przez las, samotne, przygniecione niemal do ziemi zielono-czarnym plecakiem. Nie potrafię opisać tego uczucia, kiedy możesz odetchnąć płucami o średnicy kilku kilometrów. Nie potrafię opisać tego rytmu kołysania, kiedy kolana zginają się jakby pod wpływem prastarego instynktu. Kiedy droga wije się najponętniejszymi krągłościami zakrętów, kiedy podnosisz dłoń do czoła i śledzisz wzrokiem krzyk drapieżnego ptaka. Jakże unaocznić tę ciszę, która smakuje aromatem wilgotnej żywicy świerków. Wszystkiego dotykałam drżącą ze wzruszenia ręką.

Mój Boże, teraz siedzę z kawą w moim pokoju i oczy zamgliły mi się łzami. Pamiętacie? Widziałam siebie siedzącą w wysokiej trawie jak zając, pochylającą twarz przed majestatem jej górskiej wysokości. I obiecałam wam, że wskoczę w ten obraz jak w nadjeżdżający tramwaj. Dotrzymałam obietnicy.

To był najpiękniejszy dzień ze wszystkich dziewięciu, kiedy zeszłam z gór prosto na zsakralizowane przez aureolę ze spienionych słonecznych promieni bloki pewnej beskidzkiej miejscowości.

Przeszłam między domami i zostawiając je za sobą bez żalu, dotknęłam początku polnej drogi między krzakami jeżyn, jakbym wzięła w dłoń koniec żółtej wstążki. Szłam z nabożeństwem, ze śpiewem na ustach, z uśmiechem w oczach, jakbym wiedziała już wtedy, że ta ścieżka zaprowadzi mnie w najpiękniejsze miejsce na ziemi. Pozdrowiona przeze mnie kobieta, wracająca od krowy na pastwisku, spytała, czy to nie smutno tak iść samemu. A ja roześmiałam się głośno, bo wszystko we mnie tańczyło w tej chwili, kiedy to mówiła, wszystko we mnie było najczystszym szczęściem, krystalicznym jak święte szkło, radość iskrzyła mi na końcach rzęs i włosów. I wraz z czerwienią zachodzącego słońca dotarłam do Hali Rysianka, gdzie serce moje przestało bić. Nie chciało już nigdzie iść dalej. Bo dalej już nic piękniejszego nie ma.

Wzięłam kubek z herbatą, minęłam drewniane ogrodzenie i usiadłam w wysokiej trawie. Miałam przed sobą cały świat. Miałam przed sobą wszystko. Nic więcej nie mogłabym pragnąć. Był wieczór pierwszego sierpnia dwa tysiące trzynastego roku i czas zatrzymał się nagle. Dogoniłam go. Było cicho i chłodno.

Dopiero dziś to do mnie dotarło, to, że spełniłam obietnicę daną wam i sobie i było dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłam. Możecie w to nie wierzyć, ale musiałam mieć jakiś przebłysk, jakiś wgląd w przyszłość, jakieś siły pozwoliły mi na moment zobaczyć siebie za czternaście miesięcy i jak na zdjęciu siebie rozpoznać. To byłam ja, wiatr suszył świeżo umyte włosy, ze schroniska dobiegały roześmiane głosy, a byłam tam, gdzie przez ćwierć wieku pragnęłam być.

Potwornie mnie kusiło, żeby zostać na Rysiance jeden dzień dłużej, ale obawiałam się, że gdybym wbrew początkowym planom przedłużyła pobyt i została, nie wyszłabym już stamtąd nigdy. Nigdy już nie umiałabym zejść w doliny i pozostawić za sobą ten drewniany dom marzeń. Już nigdy byście mnie nie spotkali, o ile nie podążylibyście w górę czerwonym czy niebieskim szlakiem. Żyłabym tam jak w złotej klatce, której pręty byłyby mi droższe niż własny wzrok. Stałabym się dla was tylko migotliwym wspomnieniem, wymazałabym się z waszych pól widzenia, pozostając tylko na naszych wspólnych zdjęciach. Dlatego zaciskając zęby wczesnym rankiem wymknęłam się spośród śpiących, przygodnych współlokatorów i pozdrawiając tylko uśmiechem innych świtem znikających z Rysianki turystów, zarzuciłam plecak i ruszyłam ku mojej górze przeznaczenia (jaką na dzień ówczesny było Pilsko).

Obiecałam, że wrócę na Rysiankę jesienią, ale dziś, siedząc przy biurku w Krakowie myślę, że powrót mógłby unicestwić to zaklęcie, ten czar i urok, w którym obraz Rysianki znieruchomiał niczym zamrożony liść. Jakże mogę naruszyć tę świętość?

O ósmej zero jeden stanęłam na Pilsku, a potem ruszyłam dalej. Wiecie: najpierw stawiacie jedną stopę, po niej drugą i powtarzacie do skutku. Słońce przedrzeźniało mnie na niebie, ja szłam z zachodu na wschód, a ono odwrotnie. I znowu wybiegały przede mnie swawolne zakręty jak rozbawione psy, i znowu ścieżki zaplatały się i plątały między drzewami na supły, i znowu podnosiłam twarz, żeby zobaczyć, jak daleko jeszcze mój szlak widać na horyzoncie.

Będę iść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *