Dreamed of life again

Ale wtedy jeszcze tańczyli na ulicach, jakby mieli kuku na muniu, a ja kuśtykałem za nimi, tak jak całe życie kuśtykam za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięciu szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle  strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy: „Oooo!”

W drodze
Obejrzałam się przez ramię i nachyliła się nade mną mlecznoliliowa, złożona z poziomych desek odstających od siebie jak łuski ściana wiktoriańskiej, potwornej, bo złożonej ze zrośniętych ze sobą mniejszych niekształtnych mieszkań-guzów willi, oblanej jakimś ciepłym promieniem zachodu, nachylała się nad odjeżdżającym w dół drogi samochodem jak pochmurne czoło, oddalaliśmy się od niej płynąc w dół asfaltowej serpentyny pomiędzy innymi domami rozrzuconymi po wzgórzach, a na niebie nagle zaczęły pojawiać się błyskawice, przykryte pikowanymi chmurami. Z drugiego piętra domu stromo wprost w urwisko prowadziły schody bez poręczy, same stopnie tkwiące w szynach, przeplecione pustą przestrzenią, i na tych schodach zobaczyłam wyprostowaną dumnie sylwetkę kobiety, ustępującej z godności pani domu na rzecz mnie; miałam zająć jej miejsce, zamieszkać w tym wywyższonym na wierzchołku wzgórza, wysokim budynku, widocznym z każdej z możliwych stron świata, nad którym właśnie w jękach rodziła się ogromna burza. Chmury narastały wokół niczym obrzydliwa, gęsta piana niesiona w czasie powodzi po powierzchni wody, te chmury były brudne i lepkie, a między nimi tryskały co chwila strumienie błyskawic, burza oplatała dom koncentrycznym ruchem jak pyton, a ja miałam od teraz mieszkać tam i rządzić z uniesioną głową, bez lęku.
Otwarto przed nami bramę i demoniczny gospodarz w szlafroku, jakiś Darryl van Horne, oprowadzał nas po pokojach; nad domem burza rozpętała się na dobre i deszcz oblewał szyby. Przechodziliśmy do kolejnych pokoi, aż zaprowadzono nas po drabinie na dziwaczną, ciasno pod sufitem umieszczoną platformę, jakieś żałosne ćwierćpiętro, gdzie rozsnute były tylko białe, naprężone żyły kabli instalacji elektrycznej. Deszcz wściekle przesączał się przez dach i wszystko zalewała woda; białe druty wyły i trzęsły się od iskier, elektryczność chlustała na widoczną niżej drewnianą podłogę. Czołgaliśmy się przerażeni krok po kroku, ruch po ruchu, sparaliżowani zbliżającą się nieuchronnie katastrofą przebicia, a gospodarz poganiał nas z tyłu jak strażnik więzienny, aż nagle zniknął i światło zgasło w całym domu. Byliśmy uwięzieni. Triumfujący śmiech naszego oprawcy jeszcze kołatał się gdzieś po pustym salonie, pod nami, zawieszonymi na szerokich deskach, przytulonych do nagle martwych, niegroźnych kabli, bo prąd przestał nimi płynąć. Nic nie działo się, więc ośmieliliśmy się rozmawiać, a później śmiało przewiesiliśmy się przez krawędź platformy i zeskoczyliśmy na podłogę. Nic się nie stało, nie było elektrycznego pastucha, zniknęły iskry, burza minęła i w kojącej ciszy wymaszerowaliśmy z naszego więzienia przez otwartą bramę. Byliśmy wolni.
Potem obudziłam się, bo telefon zadrżał od przychodzącej wiadomości, a potem zasnęłam znowu. Kolejny sen był jeszcze straszniejszy: byłam w domu moich dziadków, stojącym wśród zagonów i łąk, i w tym śnie moja babcia hodowała cielaki i prosięta. Poleciła mi, bym wyszła ich pilnować, ale kiedy je odnalazłam, serce ze strachu pękło mi na dwoje: zwierzęta były oskórowane i żywe; nie miały futra, tylko odkryte mięśnie i tłuszcz, skóra zdarta nawet z głów aż po miękkie pyski, oczy bez powiek, bo wyrwano je razem z resztą powłoki zewnętrznej, chodzące potworne żywe trupy, różowo-żółte, bo ich tkanka tłuszczowa, pikowana jak plaster miodu, miała odcień intensywnej wanilii; niektóre z nich błąkały się rozpaczliwie, bo nie miały już głów, tylko kikut szyi sterczącej do przodu, prążkowanej podłużnie ścięgnami; te właśnie, mimo wyjącego z przerażenia mózgu, musiałam brać do rąk i przenosić na pastwisko, bo zdezorientowane wychodziły na drogę, gdzie mogły je potrącić samochody, ich obrośnięte tym nagim tłuszczem boki były w dotyku lepkie i śliskie jak mydło; i ratowałam te krwawe ochłapy przed zagładą, której już zakosztowały, bo przeznaczone były jeszcze do tuczenia, miały jeszcze rosnąć i rosnąć, a ja chwiałam się w tym śnie z obrzydzenia i rozpaczy nad losem tych strzępków ciał, które dzieciństwo swoje miękkie i jasne – jedyny czas, jak był im dany – miały zmiażdżone na krwawy pył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *