In the end

Tysiąc dwieście kilometrów w cztery dni. Wygięta w kabłąk przyciskam twarz do płaszcza, zamknięte powieki walcowane przez ciężkie uderzenia ostrego światła, łamanego czarnymi pasami latarni. Szyba, płynne pasmo drzew, szum silnika, kołysanie foteli, fala za falą.
Jestem zmęczona, jestem potwornie zmęczona, jestem wkurwiona do granic rozsądku z powodu zmęczenia, rzygam tym zmęczeniem jak spienioną żółcią, nie mogę jeść, trzęsę się z głodu, ręce opadają bezsilnie wzdłuż ciała, a tyle jeszcze do zrobienia, nic nie mogę wykreślić z kalendarza, płaczę i wyję z wściekłości nad ciałem, które ugina się pode mną jak gąbka.
Kiedy robiłam te zdjęcia przekonałam się, że naprawdę można wpaść pod pociąg nawet tego nie zauważając. Przysięgam, bo nigdy nie kłamię, przysięgam, bo odczułam to na własnej skórze: lokomotywa pojawiła się za moimi plecami BEZDŹWIĘCZNIE, ona się tam zjawiła jak upiór, kilkutonowy żelazny potwór podkradł się do mnie bez trzasku najmniejszej gałązki. Nie miałam nawet czasu na panikę, odwróciłam się na pięcie i zeszłam po schodach, nie panując nad strachem, tylko nie biorąc go pod uwagę – nie miałam czasu się przejąć. Stanęłam kilka stopni niżej, patrząc na ogromne koła, poruszające się jak tnące tarcze krajalnicy na wysokości mojej twarzy.
Moment.

0 myśli na “In the end”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *