Małopolska Joy Ride Festiwal 2021 w Kluszkowcach – relacja

Dałabym dłuższy tytuł: „…czyli 3 dni doskonałej zabawy z widokiem na Tatry i nie rozstając się z rowerem”, ale chyba mi się to nie zmieści! Ale jeśli ktoś nie ma czasu czytać posta, to właśnie będzie o tym, co wyżej, więc spoiler daję od razu, a dalej będzie tylko lepiej 🙂

Joy Ride – festiwal kolarstwa grawitacyjnego i wielka rowerowa impreza

To była 10. edycja festiwalu, który zdążył już podbić serca zawodników i kibiców. W bikeparku w Kluszkowcach, u stóp góry Wdżar, rozkłada się miasteczko festiwalowe, które na trzy dni wypełnia się chmarą fanów bardziej ekstremalnych odmian kolarstwa. Enduro, downhill, pumptrack, freeride, konkurs whipów, manuali i bunny hopów – a do tego konkursy dla dzieciaków, wycieczki po okolicy z organizatorami, rowery testowe i spora strefa targowa, gdzie na żywo można pomacać i przymierzyć ciuchy, ochraniacze, kaski i rowery.

W festiwalu można uczestniczyć na kilka sposobów: przede wszystkich zapisać się jako zawodnik i wystartować w dowolnej liczbie konkurencji, można też wybrać pakiet „Chilluję, nie startuję”, który pozwala na korzystanie z tras i wyciągu oraz dostęp do rowerów testowych. Można też – i z tej opcji skorzystałam w tym roku – zostać po prostu kibicem i wiwatować na trasach, która to opcja jest darmowa, a zapewnia i tak spore przeżycia!

Postarałam się, by jak najlepiej wykorzystać czas na festiwalu, więc zapraszam na krótką relację, co JoyRide’owy newbie – pierwszy raz w Kluszkowcach – zobaczył przez trzy piękne dni.

Na szczycie góry Wdżar, za moimi plecami start OSów

Dzień 1 – 18 czerwca

Do Kluszkowców przybywamy z Mateuszem wcześnie, bo pogoda na weekend zapowiada się fenomenalna i planujemy ją dobrze wykorzystać. Udaje się zaparkować auto i zameldować w pensjonacie od razu, więc zabieramy tylko rowery i ruszamy pod górę Wdżar, zobaczyć, co dzieje się w miasteczku festiwalowym. Tego dnia od rana odbywają się treningowe przejazdy tras enduro, można już też obejrzeć wystawców – zbijamy kilka piątek, myszkujemy po Wdżarze i planujemy skoczyć jeszcze na obiad do Czorsztyna przed oficjalnym otwarcie festiwalu.

Zgodnie z planem zabieram Mateusza na moją tajną (no, niezbyt już tajną) piękną gravelową drogę z Przełęczy Snozka do Czorsztyna. Upał jest już niemiłosierny, ale plan mamy przede wszystkim na relaks i zabawę. Pienińskie łąki o tej porze roku są obłędne!

Na tajnej dróżce – fot. Mateusz
To zdjęcie archiwalne z 2019, ale zapewniam, że nic się nie zmieniło!
Hala Majerz – zdjęcie z 2019

W Czorsztynie spacerujemy jeszcze parę kroków na Halę Majerz i uzupełniamy kalorie w karczmie. Zbliża się 17:00 – czas wrócić do miasteczka festiwalowego na pierwszy tego dnia konkurs, czyli widowiskowe bunny hopy.

Na starcie ustawia się śmietanka zawodników: Szymon i Dawid Godziek, Damian Konstanty, Paweł Stachak, Dawid Czekaj i reprezentanci różnych ekip. Poprzeczka idzie w górę co 10 cm, zatrzymując się na obłędnej wysokości 105 cm. Jeśli myślicie, że oglądanie takich występów, samemu będąc totalnym nielotem – jest nudne, to wyprowadzę Was z błędu. Emocje są ogromne! Imponują mi zwłaszcza zawodnicy fruwający na metr na ciężkich fullach enduro – Konker i jego Antidote wydają się być nieobjęci prawami grawitacji!

Dawid Godziek pokazuje
To był chyba najbardziej emocjonujący pojedynek na manuala!

Po bunny hopach zaczynamy konkurs na manuala. Tym razem zawodnicy startują w parach, więc napięcie jest jeszcze większe. Ich zadaniem jest przejechać spory fragment asfaltu z przednim kołem w górze – dla niektórych to zadanie wydaje się wręcz zbyt łatwe 🙂 Obie konkurencje wygrywa Dawid Godziek – potem jeszcze zatriumfuje na pumptracku, ale ja i mój współlokator zmywamy się do pensjonatu, porzucić rowery i odświeżyć się przed wieczorną imprezą.

Dzień 2 – 19 czerwca

Obiecujemy sobie, że mimo nocnych hulanek zbierzemy się w miarę wcześnie, bo tego dnia odbywają się już zawody Garmin Enduro – najbardziej interesująca mnie konkurencja, w której startowało kupę znajomych i których chciałam dopingować. Zawodnicy mają do przejechania 4 odcinki specjalne (OS), w tym roku mieszczące się w bike parku, oraz samemu 4 razy podjechać na ich start. Zbliża się 10:30, więc ustawiamy się w widokowym miejscu OSa nr 2 – przy wielkim rockgardenie, który dodatkowo trzeba podjechać!

Ja na czatach. Fot Mateusz

Miejsce było świetnie wybrane, i nie tylko my tak uważaliśmy. Przyłapała nas też Telewizja Tygodnia Podhalańskiego, która poprosiła o parę słów do kamery w relacji NA ŻYWO z festiwalu! Nie było jak się wykręcić, więc podjęliśmy to wyzwanie i chyba poszło nieźle – oceńcie sami pod tym linkiem!

Trasy były w tym roku króciutkie, ale trudne. Tym bardziej widowiskowe było kibicowanie na jednym z najtrudniejszych miejsc OS 2. Niektórzy przelatywali rock garden na pełnej prędkości – inni wybierali niegorszą opcję przeniesienia roweru w rękach biegiem, bo wszystko, co pozwalało na jak najmniejszą utratę cennych sekund, się liczyło! Słyszałam opinie, że nasz doping się przydawał 🙂

Zobaczcie film Mieszka z Koło Południa z sobotnich startów

A oto i sam Mieszko, pokonujący rockgarden. Fot Mateusz

Obejrzeliśmy chyba wszystkie przejazdy i przenieśliśmy się niżej, gdzie w okolicy tras A-Line i Green Line trwał już konkurs ON LEMON Best Trick. Zawodnicy rozpędzali rower na skocznię, która wybijała ich wysoko i pozwalała na dowolną prezentację umiejętności akrobatycznych z rowerem. Spadali na gigantyczną poduszkę rozłożoną na trasie. Tym razem triumfował nasz krakowski rajder Paweł Stachak, ale wszyscy zawodnicy byli świetni!

Basia Clifford na trasie OS 2
ON LEMON Best Trick Contest
OS 4

Po trickach i obiedzie wróciliśmy jeszcze na OS 4 na chwilę, na kilka zjazdów, pokibicować naszym, a potem Maciek podsunął nam genialny plan – kąpiel w Jeziorze Czorsztyńskim. Czy można być w okolicy VeloCzorsztyn i nie przejechać się po tej trasie ciężkim fullem z wielkim skokiem? 😉 Uważam, że nie, dlatego ruszyliśmy na ścieżkę rowerową i znaleźliśmy sobie dziką plażę, gdzie spędziliśmy sporo czasu smażąc się w słońcu i chlapiąc w wodzie. Wieczorem bez rowerów znowu wpadliśmy na Afterparty w karczmie Koliba.

Z powodu wycieczki nad jezioro pominęliśmy tego dnia Marin Best Whip Contest – sprawdźcie montaż gorlickiej ekipy z tego zacnego widowiska!

Chillout z moim beach cruiserem

Dzień 3 – 20 czerwca

Włóczenie się z rowerem za zawodnikami enduro na pewno nie zaspokoiło moich apetytów na jazdę, więc po wymeldowaniu się z pensjonatu tym razem założyliśmy pełen enduro rynsztunek i ruszyliśmy do bike parku. Do wczesnego popołudnia mogliśmy pojawić się na trasach, a dodatkowo dostaliśmy misję: odnalezienia na OS 3 zaginionego bidonu naszego teamowego kolegi Mieszka.

Bidon odnaleziony!

Od razu mówię: nawet na oko wiedziałam, że trasy w tym roku są zdecydowanie powyżej moich umiejętności. Były raczej strome, a do tego panująca od kilku dni susza sprawiła, że właściwie nie oferowały żadnej przyczepności (tak, dobrze czytacie: zarówno błoto, jak i bardzo sucha ziemia powodują poślizgnięcia). Chociaż osobiście uwielbiam suchy warun i wolę go od błota, to zaliczyłam dwie gleby, w tym w czasie jednej zgubiłam bidon! Przeszłam cały OS 3 od dołu do góry w poszukiwaniu zguby, ale zupełnie fartownie, gdy stanęłam w końcu smutna pod górną stacją kolejki, rajder, który właśnie z niej wysiadał, przyznał się do znalezienia butelki i pozostawienia jej na dolnej stacji wyciągu. Dziękuję!!!

Mierzę się z OS 1 – fot. Mateusz

Po dwóch OSach i dwóch glebach miałam trochę dość 😉 Ale i tak w planie mieliśmy wycieczkę na pobliski Lubań, który już od dwóch dni kusił nas widoczną doskonale z każdego niemal miejsca wieżą. Najedliśmy się więc w karczmie i ruszyliśmy z pełnymi brzuchami zmierzyć się z solidnym wypyszkiem na tę uroczą górkę. Lubań jest ciężki do zdobycia niemal od każdej strony: czerwonym od Krościenka i niebieskim i zielonym od strony Wdżaru i Grywałdu, zielonym od Tylmanowej (tutaj więcej trudności bliżej Tylmanowej niż na końcówce), ale absolutnie najgorsza jest Golgota na czerwonym, Głównym Szlaku Beskidzkim od strony Turbacza i Studzionek. Absolutnie odradzam tę wersję: w zeszłym roku prawie godzinę żmudnie wnosiliśmy rowery tamtędy z Arkiem, w palącym lipcowym słońcu.

Wypyszek
Trochę stromo.

W nagrodę za wysiłek otrzymujemy mój ulubiony widok w Gorcach: z wieży na Lubaniu widać całe Jezioro Czorsztyńskie, Pieniny, polski Spisz, Tatry, Gorce, Beskid Wyspowy i królową Radziejową z Przehybą. W oddali majaczy Nowy Sącz 🙂 Pieszo czy rowerem, Lubań koniecznie trzeba zobaczyć – i piszę to ja, przeciwniczka wież widokowych!

Widok z wieży na jezioro – 2019
A to zachód słońca oglądany z wieży w lipcu 2019 – w prawym dolnym rogu Wdżar i bike park

W trakcie zjazdu mieliśmy w planie poszukanie starych OSów z poprzednich lat Joy Ride – odnaleźliśmy wjazd, lecz niestety OS jest zawalony belkami, by nie można już było po nim jeździć. Wróciliśmy zatem po prostu na niebieski szlak pieszy i pomknęliśmy w dół. Koło 17:00 zakończyliśmy naszą przygodę festiwalową, bo wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze starcie z korkami na Zakopiance w stronę Krakowa. Nie pomyliliśmy się…

Pożegnanie z Pieninami. Do zobaczenia już całkiem niebawem!

Małopolska Joy Ride Festiwal 2021 – czy warto?

O-czy-wiś-cie, że warto! Nawet jako kibic warto tu przyjechać, by obejrzeć najlepszych polskich zawodników, którzy tłumnie ściągają na starty, przetestować rowery analogowe i elektryczne najlepszych marek (w tym roku wystawiali się Canyon, Specialized, KTM, NS Bikes), a przede wszystkim pointegrować się z masą innych rajderów. Atmosfera w miejscu, które gromadzi ludzi z tą samą zajawką, jest cudowna: z każdym zagadasz, poznasz na żywo ulubionych zawodników czy twórców internetowych, zmierzysz się z zawodami. Jeśli się wahacie, koniecznie wpiszcie Joy Ride na listę planów na przyszły rok, rezerwujcie czas i przekonajcie się, że to jedno wielkie święto rowerów!

ZOBACZCIE TEŻ:

Film Mieszka Sychowskiego z teamu Koło Południa z przejazdu wszystkich 4 OSów na zawodach

Film z konkursu whipów autorstwa gorlickiej ekipy BikeShit (aż mi szkoda, że to pominęłam!)

Relacja Tygodnika Podhalańskiego – występują Marek, Olga, Mateusz i bezimienny zawodnik DH 🙂

Oficjalna strona Festiwalu

Wasi korespondenci z Kluszkowców – Mateusz i ja!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *