Sunday Smile

Mam omamy zapachowe.
Pochylam się podnosząc coś z podłogi lub z oparcia krzesła i wpadam nosem w małą chmurę zapachu, który elektryzuje mnie jak zbliżająca się burza. To niemożliwe, żeby taki zapach tu był. To niemożliwe, żeby taki zapach jeszcze utrzymywał się na mojej szyi. To niemożliwe, żebym mogła go czuć.
Bo jest to zapach mężczyzny.
Snuję się boso po parkiecie i sama do siebie szepczę zaklęcia. Był taki zapach w moim życiu, bo wciąż i wciąż gonię za jednym i tym samym obrazem, rozbitym na kawałki, po które schylam się jak po pogubione na podłodze rękawiczki. Jakby wciąż obok mnie przechodził ten sam człowiek.
To jest zapach przypominający żywicę i las, zapach definiujący dzikość, a przecież napotkałam go tym razem w sterylnie cywilizowanych okolicznościach. Zapach-symbol. Zapach-istota-rzeczy. Fundamentalny zapach istnienia.
Któregoś zimnego jeszcze dnia w biurze wpadłam w ten zapach przypadkiem, jakbym wpadła w wannę pełną ciepłej piany. Zjeżyły się na moim ciele wszystkie włoski z podniecenia; nigdy nie pomyślałabym, że można w ułamku sekundy przypomnieć sobie zapach. „Można” – wzruszyła ramionami niewzruszona K. – „Zapach pamięta się najlepiej”.
Pocieram w zamyśleniu pęknięty kącik ust.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *