Sutki na Giewoncie, czyli po cholerę mi te góry?! Cz. 1

2 dni, 10 szczytów, 50 kilometrów, mój pierwszy raz w schronisku i rekord wysokości ustanowiony na 2248 metrów nad poziomem morza. I całe te 40 godzin po łbie tłukło mi się tylko jedno pytanie: po co mi to, do licha?!

Uczułam kolosalne ciśnienie, aby ruszyć w drogę, wykonałam jeden telefon i sprawa została przesądzona. Mój pierwszy nocleg w górskim schronisku (i to od razu tatrzańskim!) na Hali Ornak – po roku wracam w Tatry Zachodnie. Jarząbczy Wierch straszył mnie tylko przez jedenaście miesięcy. U Krygowskiego zobaczyłam stare, czarno-białe zdjęcie Błyszcza i nagle zapragnęłam tam być.

Kontuzja roweru zmusiła mnie do wyjazdu z Krakowa dopiero o 5:35, więc początkowo porzuciłam myśli o dołożeniu Giewontu do trasy. Ale już w Kuźnicach wstąpił we mnie mój znajomy demon. O 8:25 zatrzasnęłam za sobą drzwi toi-toia przed wejściem do TPN, a o 9:59 postawiłam trzęsącą się ze strachu i zmęczenia nogę na Giewoncie. To daje: 1 h 34 min na przebycie trasy, która wyznaczona została na 3 h i 15 min. Czy spotkaliście kiedyś równie szalonego idiotę? Rżnęłam do góry jak monomaniak, przytłoczona jeszcze plecakiem, żałując już od rana, że tak idiotyczny pomysł jak DWUDNIOWY pobyt w Tatrach przyszedł mi do głowy. Odkąd pamiętam, włóczęga z plecakiem od schroniska do schroniska wydawała mi się taka romantyczna, albo inaczej taka cool. Zapomniałam jedynie, że natura uczyniła mnie organizmem wątłym i rachitycznym, więc mimo to, że zapierdalam ostro, to do noszenia ciężarów nijak się nie nadaję. Ale ilość mijanych po drodze turystów, a ostatecznie zbierająca się do startu na Giewont młodociana wycieczka mijana na Przełęczy Kondrackiej dała mi tak kolosalną motywację, jaka nie śniła się nawet samej Chodakowskiej. Wyhamowałam dopiero przy początku szlaku jednokierunkowego na Giewont, gdzie spotkałam dziewczynę z lękiem wysokości. Ponieważ, trzeba to wyraźnie podkreślić, sama potwornie boję się gór (słownie: boję sie gór), to w zupełności rozumiałam, co to biedne stworzonko czuje. Pogadałam z nią i podprowadziłam do jej siostry, która czekała przy… Niestety. Początku łańcuchów. Od tego strasznego momentu na Jarząbczym (który trwał około wieczność) widok skały wzbudza we mnie obłędną panikę, a do tego łańcuchy, a do tego ciężki plecak, zaburzający mi poczucie równowagi, a do tego te idiotyczne alpinusy, które po skale ślizgają się jak skarpetki po parkiecie. Po prostu piekło. Ale ponieważ wyglądałam na dość doświadczoną (ha ha, to pewnie przez ten plecak trekkingowy!), a i zbierająca się niżej kolejka zaczynała już gniewnie pokrzykiwać (jeszcze nie na mnie, na siebie nawzajem), to miałam tylko jedno wyjście – w górę. Upokarzająco wpełzłam za pomocą kolan, łokci i brzucha na ten łańcuch. W tym miejscu chciałam uczynić ślub, że już nigdy, przenigdy i za nic w świecie moja noga nie postanie więcej na Giewoncie. Ludzi tyle, jakby to był pierwszy dzień wyprzedaży, łańcuchy i skała tak wyślizgana, że wydawała się być miękka jak rozpuszczona papa. Ale papą zdecydowanie nie była, bo za cholerę moje buty nie chciały się do niej kleić. Gdyby nie ta kolejka, chyba wróciłabym szlakiem pod prąd. Ale tłum krok po kroku wypchnął mnie na górę. Z trudem powstrzymując się od panicznego kwiku wysłałam tylko raport do matki o treści: „Giewont! Schodzę.” i ustawiłam się w kolejce do zejścia. Jakaś dziewczyna, asekurowana przez dwóch towarzyszy, schodziła powoli z przypiętą do łańcucha uprzężą. Bała się, więc schodziła powoli i zrobił się za mną już spory korek. Przede mną za to stało czterech całkiem do rzeczy Ślązaków. Jak powszechnie wiadomo, wystarczy powiedzieć przy mnie choćby „pierunie!”, a gotowam się zakochać. Tamte osobniki w dodatku były zdrowe i zadbane, więc jakoś tak zapomniało mi się, że się boję jak jasna cholera… Tym bardziej, że pewien drobny element mojej anatomii zwrócił uwagę chłopców i mieli z tego kupę radochy. Wiał zimny wiatr, no sorry.

Niestety śląscy chłopcy wyprzedzili mnie sporo, bo po zejściu musiałam w końcu zjeść śniadanie, a dochodziła już niemal jedenasta. Ale spoko, wyprzedziłam ich jeszcze przed szczytem Kopy Kondrackiej. Ze mną przy podejściach nie ma wyścigu, moi mili, każdy jest bez szans. Przy podejściach, zaznaczam.

Na Kopie chłopcy skręcili na piwo na Kasprowym, a ja ruszyłam na Małołączniak, gdzie w końcu pozwoliłam sobie na dłuższy chill. Czyli wyłożyłam się na trawie z rozcapierzonymi na boki kończynami i wystawiłam do słońca pasibrzuszek*.

I love you, Małołączniak

Krzesanicę minęłam bez zatrzymywania się, bo ludzi roiło się tam jak mrówków. Dopiero przed Ciemniakiem, na którym znowu usiadłam na dłużej, a potem przed Chudą Przełączką, poczułam w końcu, że jestem w górach. Otwarły się jamy przepaści jak nienasycone gęby i sama mogłam szeroko zaczerpnąć powietrza. Podcięta ostro północna ściana Krzesanicy robiła groźne wrażenie, Dolina Mułowa była jak potłuczone szkło.

 
 

*pasibrzuszek – wynik spożywania nadprogramowego tysiąca kalorii w postaci dwóch tabliczek czekolady, dwóch drożdżówek lub pół kilograma ciastek dziennie, CODZIENNIE.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *