Zawsze mnie dogoni

Melancholia. Ktoś mówił: „glątwa”. Klątwa moja jedyna, która ciąży na mnie. 
 
Siedzę cumując smutne oczy do ekranu. Mieszkanie zalała fala niepotrzebnych rzeczy, wyrzuconych teraz na brzeg fotela jak gałęzie, na klif dywanu jak martwe wodorosty, tworzących w przedpokoju zapory z poprzekrzywianych foliowych worków. Miałam wstać o świcie, żeby porządkować swoje życie i zrobić pranie, ale nie udało się. Kilka godzin później obudziłam się z katarem i chłodem w sercu. Pewnie wczoraj wymarzłam przy grillu w ogrodzie. Nie był to dobry dzień, bo kuliłam się na krześle nie tylko z powodu wilgotnego powietrza. Nie czułam się pewnie nie tylko z powodu miękkiej ziemi rozstępującej się pod nogami drewnianego mebla. 
 
Powoli zamykam znowu pewne etapy. Mam więcej czasu na czytanie. Nie mam wcale czasu na czytanie, ale więcej czytam. Szukam starych przyjaciół z papieru. Znowu zbliża się lato, w którym zostanę tylko ja i mój wierny rower. Ale boję się mniej, bo już wiem, że gdziekolwiek pójdę, będę bezpieczna.
 
Odkąd napisałam tu po raz pierwszy, przewędrowałam już wiele kilometrów w kołowrotku mojej głowy. Czesałam włosy i rozplątałam wiele zaciśniętych węzłów wokół szyi. Poskładałam wiele spraw w kostkę, zaprasowałam brzegi, starłam kurze z kilku półek. Na drzwiach mojego pokoiku wisi mój manifest. Przygotowałam garść haseł programowych. Kolekcjonuję przewodniki, w czarnym zeszycie wyznaczam trasy i kierunki marszu.
 
W dniu 8 czerwca, imieniny Maksyma i Seweryna, życzę sobie energii. Mam ją w sobie and I know it, ale najbardziej właśnie boję się tych wyhamowań, kiedy milknę i zapadam się w sobie. Kiedy cichnę niezauważenie i boję się wyjść z domu. A właśnie wtedy powinno się wychodzić, otworzyć okna, krzyczeć, biegać, podskakiwać i BYĆ. Zaraz ruszę do walki z koszem na pranie. Zaraz wyniosę pościel i złożę na rękach ciepłego wiatru. Już wiem, że mogę i muszę poruszać się, bo nie wolno mi zamarzać. Chcę. 
Widzę siebie siedzącą jak zając w wysokiej, ostrej trawie, zielonosoczystej. Widzę, jak pochylam zwróconą w stronę słońca twarz, jest cicho albo wprost przeciwnie, wiatr syczy w moich włosach, a ja czuję, że w końcu jestem na właściwym miejscu.
Dotrę tam kiedyś, dogonię ten obraz i wskoczę w niego jak w nadjeżdżający tramwaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *