Green Velo dzień 3 – 5 Pieniężno – Grądy Węgorzewskie

Dzień 3

 
Rano zwijamy swój domek pod czujnym okiem pasących się koni gospodarzy. Tuż przed wyruszeniem dogania nas niemiecki turysta, który jak okazało się, nocował w wynajętym w tym samym gospodarstwie pokoju. Od dłuższego już czasu przemierzał samotnie Europę na rowerze i tak właśnie zetknęliśmy się z nim rankiem trzeciego dnia na Velo. Ruszamy dalej rozmawiając o stanie dróg rowerowych w Polsce (niezadawalający). Rozstajemy się przy najbliższym MORze przed Pieniężnem, bo potrzebuję przepaku – niestety nasze ścieżki już się później nie przecięły. Ciekawe ile ostatecznie trwała jego niesamowita podróż? 
 
 
 
 
MORy, czyli Miejsca Obsługi Rowerzystów, to bardzo potrzebne przystanki na trasie Green Velo, rozmiaszczone średnio co około 10 kilometrów i dobrze oznaczone na mapach szlaku (piszę średnio, bo czasem jest ich znaczne zagęszczenie, innym razem wypatruje się ich z utęsknieniem). Zazwyczaj znajduje się w nich altanka, dzielnie chroniąca nas przed deszczem lub słońcem (to drugie bywa bardziej uciążliwe niż to pierwsze), kilka stojaków rowerowych do zacumowania roweru i stolików z ławami. W wersji premium otrzymujemy toi-toia 😉 Każdy MOR będzie trochę inny, bo też trzeba wiedzieć, że każde województwo samo dbało i zagospodarowywało swój odcinek szlaku. Na odcinku Elbląg – Białystok najbardziej zapadły mi w pamięć MOR przed Gołdapią, stojący w czyimś ogrodzie (!), świetnie wyposażony i urokliwie obudowany drewnem MOR pośrodku niczego tuż przed trójstykiem granic w Bolciach i MOR przed Stańczykami, usadowiony fantastycznie na byłym nasypie kolejowym ponad bezkresnymi pastwiskami, z całkiem porządną wybrukowaną altaną, która moim zdaniem świetnie zmieściłaby nasz dwuosobowy namiot i w razie nagłej potrzeby nadała się na romantyczny nocleg na dziko (byle nie w czasie burzy!).
 
Gdy znowu ruszamy dalej, robię moje najulubieńsze zdjęcie ze szlaku, z niskimi chmurami przewiewanymi przez całkiem dziarski wiatr i samotnym drzewem (i samotnym Staszkiem).
 
Staszek, jako mieszczuch, nie mógł uwierzyć, że naprawdę sklep może być otwarty tylko kilka godzin dziennie. 
 
 

W Pieniężnie uzupełniamy zapasy i ruszamy w stronę Lidzbarka Warmińskiego, gdzie planujemy kolejny nocleg. Droga prowadzi nas nie tylko między polami, co ukochałam sobie całym sercem, ale powoli zaczyna nas też wprowadzać na bardzo charakterystyczne dla Green Velo odcinki poprowadzone nasypami kolejowymi. Zwłaszcza później, na Suwalszczyźnie, droga będzie nas wiodła wałem wznoszącym się ponad okoliczne łąki, często ze szlakiem ograniczonym świeżo postawionymi na potrzeby Velo zielonymi barierkami. Efekt jest zachwycający, ale ja częściej  markotnieję na myśl, jak wiele linii kolejowych zostało opuszczonych, zastąpionych przez smrodzące samochody i prywatne mikrobusy, a które to linie mogły służyć mieszkańcom do przyjaznego środowisku przemieszczania się pociągami regio. Wiem, nikt nie pała miłością do PKP, ale gdyby mogły tu powstać linie jakichś Kolei Warmińskich i Suwalskich, takich, jak linie Kolei Śląskich i Kolei Dolnośląskich, to pewnie chętnie by z nich korzystano. Ale to tylko moje smętne marzenia – po torach nie ma już nawet śladu.

 
 

Odcinek przed Górowem Iławieckim prowadzi nas przez podmokłe tereny, które grają niesamowitym dźwiękiem jakiejś tajemniczej istoty. Dźwięk jest rozgłośny, powtarzający się i mocno niepokojący, zafascynował nas od razu. Obstawialiśmy raczej jakiś nieznany rodzaj bagiennej sowy, jednak parę dni i sporo kilometrów później okazało się, że to jakiś płaz. Jeśli ktoś może mi podpowiedzieć, co to za żaba tak śpiewa, będę wdzięczna. Żabska kryły się gdzieś w rozlewiskach przyozdobionych malowniczo sterczącymi w górę gołymi, poschniętymi drzewami. W okolicy Górowa rozciągają się tereny Ostoi Warmińskiej, jednego z licznych obszarów Natura 2000, która pozwala chronić właśnie zwłaszcza rzadkie płazy i ptaki. 

 
 
 

Odcinek jest przepiękny, ale i dość długi, więc zdążyliśmy zdrowo zgłodnieć docierając do Górowa. Zaraz przy wjeździe Velo do miasta wpadamy na resturację „Róża Wiatrów”, posiadającą status MPRa i gdzie nakarmiono nas niesamowicie. Porcje były gigantyczne, więc część trafiła do pudełka i została spożyta na kolację. Jeśli natraficie tam na zupę pomidorową na ostro z maleńkimi mięsnymi kuleczkami, zaklinam was, bierzcie to w ciemno <3 

Około 15 km na północ od Górowa znajduje się najbardziej bociania wieś w Polsce – Żywkowo. Bociany towarzyszyły nam na trasie w przemożnej ilości (jako przybysze z mało rolniczej Małopolski byliśmy ich obecnością totalnie zachwyceni), ale gdyby ktoś miał więcej czasu na Velo, to z pewnością warto odbić ze szlaku i ją odwiedzić. Drugą wioskę bocianią napotkamy jeszcze tuż przed Tykocinem. 

 
Ten bociek śledził skwapliwie traktor pracujący na polu.
 
 

Dalej kierujemy się w stronę Lidzbarka Warmińskiego, gdzie zakończymy trzeci dzień podróży. Oprócz oficjalnej strony Green Velo, w kwestii noclegów inspirowałam się mocno tym superprzydatnym wpisem na blogu Rowerowy kraj. W związku z tym w Lidzbarku zamierzaliśmy skorzystać z gościnności Domu Pielgrzyma… wszak pielgrzymowaliśmy bardzo dzielnie, tyle że na dwóch kołach 😉 Tak jak i autorka wpisu, zjawiwszy się pod lidzbarską parafią, zostaliśmy zaprowadzeni nie do domu pielgrzyma jako takiego, ale do pokojów znajdujących się nad mieszkaniem księży. Pokoje są bardzo wygodne i z łazienkami, a dodatkowym smaczkiem był fakt, że oprócz nas nocowały tam jeszcze dwie inne pary rowerzystów, co zdradzały cztery rowery przypięte tuż przy wejściu! Następnego dnia na szlaku minęliśmy się z jedną parą „współspaczy”.

 Łyna i część budynków przy kolegiacie z wikarówką, w której nocowaliśmy
 

Wieczorem jeszcze przeszliśmy się po Lidzbarku, a kobiety pracujące na parafii poleciły nam zobaczyć… cmentarz. Kolegiata św. Piotra i Pawła, przy której znaleźliśmy nocleg, jest pięknie położona w zakolu rzeki Łyny, a cmentarz miejski znajduję tuż obok na drugim brzegu. Jest wyjątkowy, ponieważ umiejscowiony na dość stromo wznoszącym się wzgórzu i ukształtowany na wzór Golgoty, ze stacjami drogi krzyżowej umieszczony prowadzącymi do końcowego ukrzyżowania i ołtarza – nieco niżej znajduje się Grób Pański. Wiem, że to może nie brzmi jak topowa atrakcja turystyczna, ale naprawdę warto to zobaczyć.

Dzień 4

Po wyśmienitym noclegu rano robimy zakupy i okrążając Zamek Biskupów Warmińskich ruszamy dalej. Niestety nie zatrzymujemy się w Stoczku Klasztornym, by obejrzeć – jak się łatwo domyślić – klasztor, jedziemy dalej. Kolejny przystanek to Bartoszyce, gdzie zatrzymujemy się na obiad. Na rynku wpadamy do fajnej, nowej i tłumnie odwiedzanej przez lokalsów jadłodajni Pełny Gar (polecamy!), gdzie pierwszy raz udaje mi się dorwać wymarzonego kartacza. Pogoda jest kapitalna, a miasteczko naprawdę sympatyczne, dlatego prażymy się chętnie na ławeczce w centrum (ochładzam się wbiegając pod sponsorowaną przez miasto kurtynkę wodną, dziękuję Bartoszyce!) oraz ucinamy sobie pogawędkę z panią, która zainteresowała się naszą dwójką rowerowych włóczęgów i opowiedziała o własnych, godnych podziwu wyprawach rowerowych w okolicy Warszawy. Chcę jeszcze zobaczyć w Bartoszycach słynne pogańskie Kamienne Baby. Dobrze zaopatrzeni ruszamy dalej, ładnie przeprowadzonym przez miasto szlakiem. Bartoszyce zapamiętałam jako jedno najfajniejszych miast na szlaku, bardzo ruchliwe, gwarne, pełne życia.

 Fragment szlaku poprowadzony przez park w Bartoszycach
 

Za Bartoszycami w Krawczykach robimy kolejny z zaznaczonych na naszej mapce z pierwszego postu skrótów. To jednak dobry wybór, bo tego dnia czeka nas mocne odbicie za szlaku. Po odmierzeniu standardowych siedemdziesięciu kilometrów w okolicach Sępopola i Korszy nie objawił mi się żaden interesujący nocleg. Mogliśmy próbować jechać w ciemno i szukać agroturystyki czy wręcz motelu przy drodze, ale jako że okolica nie wydawała mi się specjalnie turystycznie popularna, postanowiłam zadzwonić do znalezionego wcześniej schroniska młodzieżowego w Reszlu, oddalonego od GV o około 17 kilometerów. W Korszach zatrzymujemy się więc w poszukiwaniu apteki (po 17:00 w małej miejscowości to nie lada wyczyn 😉 ), i kiedy Staszek poszukuje medykamentów, ja przeżywam spotkanie pierwszego stopnia z ogromnym robalskiem. Znaczy ćmą. A potem z pijanym żulem 😉 Pogoda nieco się psuje, a przed nami jak się okazuje długi i dość stromy podjazd do Reszla, ale ostatecznie docieramy tam bez przeszkód.

 
Przystanek Korsze
 
 

Schroniska młodzieżowe to kolejna inspiracja z posta „Rowerowy kraj”. O ile na obiadach i innych prowiantach w ogóle nie oszczędzaliśmy (właściwie mówiąc szczerze byłam ciągle wściekle głodna!), to noclegi planowaliśmy opędzać jak najtańszym kosztem. Stąd namiot i raczej unikanie pokojów w agroturystykach. Ostatecznie rozpiętość naszych cen wahała się od 0 zł do 55 zł, co uważam za świetny wynik, z całkiem dużą częścią noclegów poniżej 25 zł.  Jedyne, co mi umknęło, jeśli chodzi o schroniska młodzieżowe, to fakt, że są one czynne zwykle po zakończeniu roku szkolnego (autorka „Rowerowego kraju” podróżowała w czasie szkolnych wakacji). W Reszlu zjawiliśmy się w przedzień zakończenia nauki. Na szczęście dyrekcja szkoły pozwoliła nam wyjątkowo zanocować, mimo że w budynku internatu wciąż urzędowała młodzież. Zapewne przeważył fakt, że było nas tylko dwoje i nie wydawaliśmy się stwarzać zagrożenia pijaństwem i imprezowaniem. Jesteśmy do dzisiaj bardzo wdzięczni! 

Jeszcze w Bartoszycach, w cukierni z bardzo smacznymi ciastkami, polecono nam z ogromnym przekonaniem pizzerię Feniks w Reszlu jako must-see and must-try 😉 Postanowiliśmy oczywiście to sprawdzić. Pizza jest tam raczej amerykańska niż włoska, ale obsługa przesympatyczna, a lokal cieszy się naprawdę dużym powodzeniem wśród lokalsów (zresztą sami zobaczcie, jakie ma wysokie oceny na Facebooku, na moment, kiedy to piszę, to 4,9!). Skosztowaliśmy oczywiście pizzy reszelskiej! Porcje były tak słuszne, że starczyło nam jeszcze na dekadenckie śniadanie dnia kolejnego. Alternatywnie możecie skorzystać z restauracji na reszelskim zamku, która tego dnia chwaliła się wykwintnym daniem złożonym z młodych ziemniaków, jajka i zsiadłego mleka za dość kontrowersyjną cenę… Testujecie na własne ryzyko 😉 Poza tym jest też w Reszlu kilka  kawiarni. Niestety nie mieliśmy okazji wleźć na wieżę (uwielbiam wieże widokowe!), czego bardzo żałuję!

 
 
 

Dzień 5

A dobre wsparcie w postaci śniadania mistrzów się przydało. Kolejny dzień niestety przywitał nas deszczem. Oszczędzę wam zdjęcia Staszka w niebieskiej foliowej pelerynce pod kolor oczu (albo raczej Staszkowi tego oszczędzę). Mimo niesprzyjających warunków chciałam pojechać i zobaczyć sanktuarium w Świętej Lipce, skoro byliśmy już tak blisko. Tego dnia mieliśmy zamiar dotrzeć do szlaku dopiero w Srokowie przed Węgorzewem. Korzystając z nawigacji satelitarnej, przez deszczowy las przedostaliśmy się do Sanktuarium szlakiem Camino de Santiago (tak! szlaków oznaczonych słynnymi muszelkami św. Jakuba jest bardzo dużo w całej Europie, a jak widać także na północy naszego kraju). Sam kościół zdążyliśmy obejrzeć błyskawicznie w pięć minut przed rozpoczynającą się mszą (zwiedzanie w trakcie nabożeństw jest zawsze co najmniej niemile widziane), obeszliśmy jeszcze krużganki i ponieważ deszcz się wzmagał, zadekowaliśmy się w kawiarence przy parkingu na pierwszą tego dnia kawę. Akurat trafiliśmy na moment dostarczenia domowych ciast, więc sami rozumiecie. 

 
 
 
 

Deszcz powoli się skończył, a my pod zachmurzonym niebiem kierowaliśmy się dalej, przejeżdżąjąc przez Kętrzyn. Odcinek poza szlakiem Velo nie nastręczył nam żadnych problemów. Do Srokowa nad jeziorem Rydzówka dotarliśmy już jednak mocno głodni. W samym miasteczku o ciekawym rynku z ratuszem niestety nie znaleźliśmy ani jednej jadłodajni, ale domyśliliśmy się, że dalej, przy rekreacyjnych terenach nad jeziorem, coś znaleźć się musi. I rzeczywiście, w Leśniewie przy drodze znajduje się smażalnia „Grochówka” cała w stylu nadmorskiej tawerny, znajdziecie ją też na stronie Green Velo. Urzekła nas drewniana wieża, na której górnym piętrze spożyliśmy nasze smażone ryby. Podczas posiłku próbowałam znaleźć nam nocleg w Węgorzewie. Już w Świętej Lipce okazało się, że w węgorzewskim schronisku młodzieżowym w dniu zakończenia roku nie będzie nikogo, a od początku następnego tygodnia schronisko służy tylko grupom. Kiedy w internetowej wyszukiwarce zobaczyłam nazwę „Zielone Wzgórze” i pełne zachwytów opinie, uparłam się, żeby zrobić wyjątek od naszego budżetu i szarpnąć się na agroturystykę. Nie mogliśmy lepiej trafić!

Kętrzyn
 
Urzekające Srokowo
 
 

Węgorzewo rozczarowuje nas brakiem architektonicznego uroku (zamek krzyżacki był w całości przykryty foliami z powodu remontu i otoczony blachą), sytuację ratują nieco gofry. W przeciwieństwie do miasta, gdy tylko zrobiliśmy zakupy i wyjechaliśmy nieco poza zabudowania, okazało się, że fragment szlaku za Węgorzewem to absolutna bajka. 10 kilometrów dzielące nas od Grądów Węgorzewskich, gdzie znajduje się agroturystyka „Zielone wzgórze”, to jazda przez piękny las i cudowne pastwiska szeroką, szutrową drogą. Słońce wyszło zza chmur i byliśmy świadkami cudownego zachodu. To właśnie tam obserwowaliśmy dwa dokazujące na łące o złotej godzinie zające, a kawałek dalej na jednym, skoszonym pastwisku, naliczyliśmy 28 bocianów. W czerwcu to na pewno nie był jeszcze czas na bocianie sejmiki! Odbiliśmy nieco ze szlaku do „Zielonego wzgórza” i ten wieczór stał się jeszcze piękniejszy.

 
 
Uwierzcie mi na słowo, że Staszek fotografuje 28 bocianów
 

Wyobraźcie sobie dom nad stawem pośród nieskończonych łąk. Właściwie nie powinnam wam mówić o tym miejscu, tylko zachować je dla siebie, bo kto tam raz pojechał, z pewnością będzie chciał wrócić! Przemili, przesympatyczni właściciele przyjęli nas bardzo serdecznie, mimo tego, że byliśmy tylko przejazdem na jedną noc, co zawsze jest trochę kłopotliwe (cena za noc jest niższa przy dłuższych pobytach). Oprócz pokoi w osobnym domu dla gości znajduje się sala z kominkiem, który dla nas rozpalono (wysuszenie mokrych elementów odzieży było bezcenne tego wieczora!), a w dodatku zostaliśmy zaopatrzeni w kapoki i wysłani na rejs łódką po stawie. Ja i Staszek, szczury absolutnie lądowe ledwo umiejące pływać, piszczeliśmy z zachwytu i ze strachu, pływając najpierw tratwą, a potem łódką po metrowej głębokości stawie. Naprawdę, nie można nam chyba było sprawić większej frajdy! Wszystko to pod różowym niebem, w pięknym ogrodzie „Zielonego wzgórza”. I to tam, na sekretnej wyspie, wreszcze odkryliśmy tajemnicę dziwnych stworzeń sprzed Górowa Iławieckiego i wyjaśniło się, że ten miarowy zaśpiew wydają z siebie żaby. To znaczy tak przypuszczamy…

Nocleg dnia piątego to najdroższy, ale chyba najfajniejszy wieczór na Green Velo – choć „Zdrowa Zośka” z Augustowa jest tuż za nim. Tymczasem zobaczcie zdjęcia: 

 
 
 
 

Dzień 1-2 Ebląg – Pieniężno
Dzień 3-5 Pieniężno – Grądy Węgorzewskie – tu jesteś 🙂
Dzień 6-8 Grądy Węgorzewskie – Augustów
Dzień 9-11 Augustów – Białystok

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *