Od Lądka Zdroju po Srebrną Górę, czyli Singletrack Glacensis cz. 2

Dzień trzeci – Lądek Zdrój (Konradów) – Złoty Stok – 72 km

Rano czekał mnie przejazd z Konradowa, gdzie nocowałam, do Lądka-Zdroju, gdzie znajdują się  kolejne pętle Singletrack Glacensis. Koleżanka poleciła mi jednak Zamek na Skale w pobliskich Trzebieszowicach i szczęśliwie załapałam się tam na kawę i szarlotkę w hotelowej restauracji (co nie jest takie oczywiste na wsi w dzień powszedni). Ten późny start rozleniwił mnie na kilka kolejnych godzin, a plan tego dnia miałam dość ambitny, bo wiedziałam, że to ostatnie chwile słonecznej pogody. Z Konradowa do Lądka udało się przejechać naprawdę przyjemnie, omijając główną drogę. Nie pamiętam, czy byłam wcześniej w Lądku – mogło to być na studenckich praktykach terenowych – więc oczarował mnie z miejsca tak, jakbym widziała go po raz pierwszy. Kocham uzdrowiska i ich atmosferę! Pijalnia wody, kąpiele zdrowotne i dancingi o 17:00. A nade wszystko architektura uzdrowiskowa!

Może z powodu omamienia urokiem willi, mimo trzymania nosa w Trailforksie, pogubiłam się i chcąc nie chcąć przejechałam też Pętlę Zdrój (7,1 km/217 m przewyższenia), której nie planowałam i miałam w tym słuszność. Jej podjazdowy odcinek jest bardzo familijny – nieco inny charakter ma krótka część zjazdowa, która naturalnie łączy się ze zjazdem z kolejnej pętli – Trojak (6 km/165 m przewyższenia). Z Trojakiem mam problem: jest wysypany tym koszmarnym, szarym i ponurym żwirem, a jego odcinek podjazdowy, chociaż skonstruowany poprawnie, nie zapewnia naprawdę żadnych widoków ani atrakcji. Za to zjazd jest zupełnie inny – poza tym nieszczęsnym żwirem, flow na tym odcinku jest bez zarzutu, są głazy (my w Małopolsce nie mamy głazów, dlatego je fetyszyzuję!), mostki i naprawdę dobra prędkość. Tylko ten podjazd straszy… Na koniec Trojaka dołączcie bardziej naturalny odcinek zjazdowy Zdroju, nie gubiący płynności. Ale żeby sobie nie zepsuć smaku, nie wjeżdżajcie na Zdrój Outro, bo to raczej plac zabaw z dość ekscentrycznie usypanymi stolikami. Zatrzymajcie się lepiej na deptaku i pojedźcie usiąść w którejś z pięknych lądeckich kawiarni… albo zmierzcie się jeszcze raz z tym nieurodziwym podjazdem na Trojak (bo to zarazem nazwa wzniesienia, na którym usytuowano singletracki).

Oczarowana Lądkiem, zaryzykowałam obiad, mimo że na horyzoncie zbierały się całkiem czarne i groźne chmury. Nic z nich jednak jeszcze tego dnia nie spadło, a ja uzupełniwszy siły ruszyłam w stronę słynnej już Pętli Orłowiec (22.9 km/600 m przewyższenia). Słynna dlatego, że dobrze wspomina ją chyba każdy, kto miał okazję tutaj zawitać. Mnie czekała w wersji de luxe, po pierwsze z powodu obfitego kwitnienia naparstnicy, która umaiła mi drogę, a po drugie: odcinek podjazdowy Orłowca musiałam zrobić dwa razy, by raz zjechać. Ale jak dobrze, że nie przyszło mi do głowy odpuścić tego zjazdu i ruszyć od razu do Złotego Stoku! Orłowiec to naprawdę przyjemny flow, częściowo już o nieco naturalnym charakterze. Obecnie jest w remoncie do 1 sierpnia, bo trasa ucierpiała mocno od lipcowych deszczów, ale na pewno jest to pętla warta odwiedzenia, długa i oferująca zarówno satysfakcjonujący podjazd, jak i zjazd.

Po ponownym wymieleniu podjazdu czekał mnie jedyny w całym kompleksie odcinek dwukierunkowy – Dwie Przełęcze (2.50 km / 62 m lub 93 m przewyższenia) – w stronę Złotego Stoku. A dalej zjazd pętlą o nazwie, jakżeby inaczej, Złoty Stok (11.8 km / 500 m przewyższenia). Początkowo nawet przyjemna, im bliżej miasta Złoty Stok okazywała się coraz bardziej… rozsypana. Jest jedno widokowe miejsce, ale jednocześnie jest to miejsce najbardziej zabałaganione, więc niestety nie zrobiło na mnie miłego wrażenia. Może to już zmęczenie, bo tego dnia zrobiłam najwięcej kilometrów, ale zarówno pętla, jak i sam Złoty Stok nie przypadły mi do gustu i z ulgą zaległam w łóżku w pensjonacie.

Orłowiec robi wrażenie chyba na wszystkich

Dzień czwarty – Złoty Stok – Bardo Śląskie (Ławica) – 50 km

I tutaj od rana zaczęła się mniej przyjemna część mojej wyprawy, gdyż zgodnie z prognozami ulewa powitała mnie tuż za progiem o 8:30. Dobrze, że czekał mnie odcinek podjazdowy, bo mogłam się rozgrzać, ale niestety woda zalewająca mi oczy, plecak i buty to nigdy nie będzie coś, co podnosi moje morale. Deszcz ustał na czas jakiś na Przełęczy Jaworowej, pozwalając na w miarę sprawny przejazd zjazdowych odcinków Pętli Złotej (8.7 km / 263 m) i Pętli Chwalisław (9.9 km / 335 m). Tych pętli nie miałam w planie oglądać w całości i nie brakuje mi tego, bo nie były nazbyt płynne ani widokowe, chociaż Chwalisław dość dobrze zapadł mi w pamięć, ale od razu ochrzciłam go w myślach raczej pętlą turystyczną, ze względu na mało płynny charakter i sporo utrudnień poprzerastanej trawą nawierzchni. Sprawiał przyjemność, o ile nie oczekiwało się od niego gładkości na miarę innych odcinków.

Pętla Chwalisław

Pętla Złota

Inne plany miałam wobec Pętli Kłodzkiej i Łaszczowej – te chciałam przejechać w całości, co oznaczałoby dla mnie podjeżdżanie ich dwa razy, tak jak Orłowca. Niestety pogoda postanowiła skutecznie mnie zniechęcić i gdy tylko weszłam pod wiatę na Przełęczy Kłodzkiej, oberwała się chmura.

Żałuję, bo Kłodzka i Łaszczowa robią dobre wrażenie – są długie, ale urozmaicone, szybkie, choć nawierzchnia tutaj nie jest już tak gładka, jak pętlach z początku mojej wycieczki. Chyba się nie mylę w swoich podejrzeniach, że to starsze, wcześniej wybudowane trasy, więc naturalne procesy ingerują w ich nawierzchnię i coraz mocniej upodabniają do leśnego szlaku. I dobrze! W deszczu jednak musiałam jednak jechać ostrożniej, a woda chlupocząca w butach jednak jest zabawna tylko przez krótką chwilę. Akurat jechałam tuż przed wykoszeniem pętli, więc wysokie trawy pełne wody, o które cały czas się ocierałam, szybko i skutecznie mnie przemoczyły. Szkoda!

Ostateczną decyzję podjęłam w Bardzie, gdzie ściana wody chlusnęła z nieba dokładnie w momencie, gdy przekroczyłam próg pizzerii. Choć po tym, jak skończyłam obiad, słońce jeszcze nieśmiało się pokazało, ja już jednak postanowiłam zrobić sobie dłuższą wieczorną przerwę i malowniczą drogą przez łany zbóż pełne chabrów, z widokiem na góry, popedałowałam w stronę Pałacu Ławica na nocleg.

Słynny obryw skalny w Bardzie – szalenie chciałam zobaczyć ten widok!

Dzień piąty – Ławica – Srebrna Góra – 37 km

Z pałacem trudno się było rozstać (to śniadanie!), więc na trasę wyruszyłam dopiero około 10:00 rano. Co więcej, postanowiłam ją sobie skrócić, nie wracając już do Barda, a podjeżdżając na Przełęcz Wilczą najprostszą drogą z Ławicy. Miałam szczęście złapać jeszcze kilka fajnych widoków, a sam podjazd obudził mnie skuteczniej niż kawa.

Z Przełęczy Wilczej dołożyłam jeszcze odcinek nie będący trasą Singletrack Glacensis, a pomarańczową trasą Strefy MTB Sudety prowadzącą z Przełęczy do Srebrnej Góry. W ten sposób możecie łatwo dojechać i dołożyć do wyprawy trasy enduro Srebrna Góra – choć ja już nie skusiłam się na nie tym razem… Musiałam zdążyć na pociąg do Wrocławia odjeżdżający z Barda.

Udało się jednak „domknąć” moją symboliczną klamrę: dojechałam do Srebrnej! Teraz czekał mnie tylko powrót na Przełęcz Wilczą i ostatni odcinek Glacensis: zjazd Pętlą Wilczą (całość 25.3 km / 733 m przewyższenia) w stronę Barda. Deszcz nie chciał mi jednak odpuścić i ulewa, która rozszalała się nad Wilczą tego wczesnego popołudnia, przypominała deszcz równikowy. Ponieważ wolałam mieć pewność, że nie spóźnię się na pociąg, kontynuowałam zjazd w tych piekielnych strumieniach, ale musicie uwierzyć mi na słowo, bo zdjęcie nie oddałoby nawet tego wrażenia. Z pewnością było to doświadczenie niezwykłe, bo kto by mnie w innych warunkach zmusił do takiego wariactwa?

W Bardzie starczyło czasu na szybki i ratujący życie obiad w barze mlecznym i na uroczym, chabrowym dworcu wsiadłam w pociąg powrotny.



Glacensis w wersji turystycznej – warto czy nie warto?

Oczywiście, że warto! O ile macie ochotę zobaczyć Ziemię Kłodzką z takiej perspektywy, dajcie się Glacensisowi poprowadzić przez jej najciekawsze miejsca. Jeśli chcecie, przejazd możecie rozłożyć na więcej dni, by mieć czas na obejrzenie również nierowerowych atrakcji tego regionu: twierdz w Kłodzku i Srebrnej Górze, kopalni w Złotym Stoku, pijalni wód mineralnych w uzdrowiskach, spływ pontonowy Nysą Kłodzką czy czego jeszcze dusza zapragnie.

Jeśli wybierzecie mój styl przejazdu, czyli z plecakiem z miejsca na miejsce, to postarajcie się, by bagaż zbytnio nie obciążał Was, ani Waszych rowerów – minimalizm preferowany. Będziecie mieli więcej frajdy ze zjazdu, a podjazdy nie zniszczą urlopu. Pamiętajcie o zaopatrzeniu – chociaż pętle zaczynają się zazwyczaj w pobliżu miejscowości, to jadąc ciągiem od pętli do pętli będziecie mieli dłuższe przerwy w dostępie do sklepów. Na przykład od Międzylesia do Międzygórza nie napotkałam sklepu przez cały dzień, podobnie na odcinku Lądek-Zdrój-Złoty Stok i Złoty Stok-Bardo Śląskie. Oczywiście warto pamiętać, że w przypadku kryzysu można poprosić o wodę w którymś z pobliskich domów – nawet, jeżeli odmówią Wam w pierwszym, to na pewno dadzą w drugim lub kolejnym (na odcinku Złoty Stok – Bardo nie ma jednak nawet domów).

Oczywiście, jeżeli macie samochód, to możecie po prostu podjeżdżać na wybrane parkingi i pętlować, co rozwiązuje nie tylko problem z bagażem i zaopatrzeniem, ale przede wszystkim nie stawia Was przed decyzją, które z odcinków pominąć, a które – pokonywać dwukrotnie… Ale przecież kochamy przygody, rajt?

Zdjęcie dzięki uprzejmości przygodnych rowerzystów dobrze pokazuje rozmiar bagażu dźwiganego na grzbiecie


A które pętle szczególnie polecasz, Żbiku?

Wybór jest oczywiście subiektywny, ale jeśli zastanawiacie się, co szczególnie warto zobaczyć między Międzylesiem a Srebrną Górą, to wymieniam w punktach:

  • Pętla Jodłów – najlepsze widoki na Kotlinę Kłodzką!
  • Pętla Pod Śnieżnikiem (zjazd) – króciutka, ale bardzo przyjemna
  • Pętla Stronie Śląskie (zjazd) – płynna, szybka i łatwa
  • Pętla Rudka – krótka, ale intensywna
  • Pętla Orłowiec – długa, dość „naturalna”, w górnej części widokowa
  • Pętla Łaszczowa (zjazd) – mocno zakręcona i z przystankiem na punkt widokowy Obryw Skalny w Bardzie Śląskim na trasie.

A jeśli szukacie nieco mocniejszych wrażeń, nie zapomnijcie też o Milky Wayu w Bike Parku Czarna Góra i o trasach w Srebrnej!

Obiecałam jeszcze napisać, dlaczego uważam mój kierunek – od Międzylesia do Srebrnej Góry lub Barda – za lepszy: głównie ze względu na dzień czwarty, który w większości układa nam się zjazdowo. Gdybyści wyruszali z Barda, czekałyby Was 4 podjazdy (Łaszczowa, Kłodzka, Chwalisław i Złota), które nie wydają się być szczególnie atrakcyjne, za to w moim przypadku układały się w dłuższy zjazd do Barda (chociaż Kłodzka akurat jest chyba bardziej zjazdowa w tym przeciwnym kierunku, ale na części, którą jechałam ja, też znalazły się okazje do odpoczynku od pedałowania). Jadąc w drugą stronę, trzeba by jeszcze kombinować, jak dobrze wpleść w wycieczkę odcinek zjazdowy pętli Stronie i Pod Śnieżnikiem, oba warte uwagi, a zjazd Milky Wayem cofnąłby Was z powrotem do stóp Czarnej Góry – a i tak musielibyście skorzystać z wyciągu, by trafić na jego początek lub dołożyć pięciokilometrowy odcinek dojazdowy na Czarną Górę (Pętla Międzygórze będzie omijać szczyt).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *