Kotlina Kłodzka z rowerem – Glacensis i inne szlaki

Wystarczy porozmawiać ze mną przez maksimum kwadrans, by na pewno pojawił się temat, jak bardzo kocham Dolny Śląsk. Choć przez lata przewijał się pomysł przeprowadzki do Wrocławia na różnych etapach życia, to jednak wciąż jestem związana z Krakowem i lubię odwiedzać Dolnośląskie po prostu kilka razy do roku, świętując te dni jako coś wyjątkowego 🙂 Tym razem przedłużyłam sobie długi weekend czerwcowy i ruszyłam do Długopola Zdroju, by odwiedzić kilka pominiętych w zeszłym roku tras Singletrack Glacensis oraz odwiedzić jedno z moich absolutnie ukochanych miejsc na ziemi – schronisko PTTK Jagodna.

Pętla Widoczek w Brzozowiu k. Kudowy

Baza wyprawy – Długopole Zdrój

Pomysł na ten urlop był prosty. W przeciwieństwie do zeszłego roku nie chciałam już jeździć z miejsca na miejsce z całym dobytkiem, lecz zainstalować się gdzieś i każdego dnia ruszać na lekko. Idealnym wyborem było zatrzymanie się gdzieś przy linii kolejowej, która pozwoliłaby mi bez samochodu łatwo planować wycieczki. Początkowo planowałam wybrać Międzygórze, ale tegoroczne ceny mnie odstraszyły. Szukając alternatywy, przypadkiem trafiłam na pensjonat w Długopolu Zdroju, który w korzystnej cenie oferował apartament z aneksem kuchennym, spełniał wymóg możliwości dojazdu koleją, a samo uzdrowisko pamiętałam z wpisu mojej ulubionej Zosi Podróże po kulturze. Nie wahałam się ani chwili!

Brzozowie, wjazd na pętlę Za Rzeką

Długopole to najmniejsze uzdrowisko na Dolnym Śląsku i prawdziwa perełka. Leżące niemal u stóp mojej ukochanej Jagodnej, z łatwym dojazdem z Kłodzka, okazało się wymarzoną lokalizacją na urlop. W miejscowości jest pięknie odnowiony park zdrojowy z kawiarnią, parę restauracji i sklep GS, gdzie pani sprzedawczyni zwracała się do mnie per „kochanie” 🙂 Przede wszystkim jednak otacza je przepiękna przyroda oraz przebiega tędy Główny Szlak Sudecki. Z kolei ostatecznie nie musiałam korzystać, poza pociągiem powrotnym do Wrocławia.

Dzień pierwszy – Kudowa Zdrój

Korzystając z możliwości podwózki do Kudowy, szybko wciągnęłam ją na listę miejsc do odwiedzenia. Z Wrocławia można też tu łatwo dojechać wygodnym pociągiem Kolei Dolnośląskich. W pobliskim Brzozowiu znajdują się cztery pętle Singletrack Glacensis:

  • Pętla Za Rzeką – niebieska, szybka, chyba najfajniejsza!
  • Pętla Widoczek – czerwona, ale moim zdaniem łatwiejsza od niebieskiej – jest widoczek!
  • Pętla Źródełko – zielona, familijna;
  • Pętla Everest – czarna, z bardzo stromym – jak na Glacensisy – zjazdem i podjazdem, szybka.
Pętla Widoczek i widoczne budowle braci Godziek (trasa na nie nie prowadzi)

Te pętle są jednymi z ostatnich wybudowanych w ramach Glacensisu i są naprawdę dobrze zrobione. Pętla czerwona stała się słynna dzięki wielkim freeride’owym konstrukcjom braci Godziek, które zrobiły międzynarodową filmową karierę – oczywiście nie będziecie na nie wjeżdżać jadąc pętlą, zresztą kiedy byłam tam pod koniec maja, to miejscówka Godźków była kompletnie zarośnięta. Niemal każda tutejsza pętla jest szalenie widokowa, a jadąc je wczesnym latem nie sposób było się nie zachwycać sielskim krajobrazem!

Objazd pętli, nawet z przystankami na zdjęcia, zajmuje maksymalnie dwie godziny, ale Kudowa oferuje jeszcze inne atrakcje, więc nie będziecie się nudzić. Możecie odwiedzić jedyną w Polsce Kaplicę Czaszek w Czermnej (najbliższa podobna jest w czeskiej Kutnej Horze) albo skansen architektury w Pstrążnej, do którego możecie z Kudowy dostać się pieszo lub rowerem urokliwym szlakiem przez las. Nade wszystko jednak warto pospacerować po przepięknym kudowskim parku zdrojowym i rozkoszować się atmosferą tego ślicznego uzdrowiska. Mnóstwo kawiarni i restauracji!

Strava dzień 1

Nasz ulubiony…
…kuracjusz Hrabia Solo…
…w Kudowie Zdroju 🙂

Dzień 2 – Duszniki Zdrój

Drugiego dnia również miałam możliwość podwózki samochodem, więc wybrałam podrzucenie do Zieleńca nieopodal Dusznik Zdroju. Tutaj moim celem była przede wszystkim wieża na Orlicy – gdy wędrowałam przez Góry Orlickie w 2014, zbierając szczyty do Korony Gór Polski, wieża jeszcze nie istniała, choć wiedziałam już, że jest planowana. Z Zieleńca na szczyt można podjechać dość łatwo i żwawo szeroką szutrową drogą, licznie wybieraną też przez turystów pieszych.

Wieża na Orlicy
Ciężko jest na Pętli Orlickiej…

Tego dnia było wyjątkowo zimno, więc po zdobyciu wieży czym prędzej ruszyłam w dół. Do Dusznik zamierzałam zjechać Pętlą Orlicką – niestety na tamten moment trasa była w tragicznym stanie. Trudno powiedzieć, czy to zniszczenia warunkami atmosferycznymi, czy brak remontu po zimie, ale jazda była bardzo utrudniona. To samo dotyczyło Pętli Sołtysiej – trudnej, bo krętej i stromej, poprowadzonej po zboczu stoku narciarskiego. Z ulgą skończyłam tę mękę i nie miałam ochoty już na eksplorację kolejnej pętli – Gajowej. Zmarznięta zainstalowałam się w kawiarni w centrum Dusznik.

Wspólny fragment pętli Sołtysiej i Widokowej w Dusznikach

Kelnerka, podając mi zamówienie, z uznaniem stwierdziła, że dawno nie widziała nikogo z papierową mapą rozłożoną na stoliku. Tymczasem mnie już zdążył się narodzić spontaniczny plan dalszego przejazdu. Na mapie zobaczyłam trio szczytów o nazwie Piekielnica, Biesiec i Kłobuk (słowiański demon ukrywający się pod postacią koguta) – i aż mi się zaświeciły oczy. Wiedziałam już, że jadę w tamtą stronę!

Nie tylko diabelskie nazwy szczytów okazały się atrakcją. Na mapie zobaczyłam szlak rowerowy wiodący tamtędy do miejscowości Spalona, w której znajduje się schronisko Jagodna, ale nie spodziewałam się, że to będzie tak wspaniała trasa w rzeczywistości. Szlak okazał się szeroką, miejscami wysypaną białym kamieniem cudowną starą drogą leśną – przez Rozdroże pod Bieścem przebiega kilka krzyżujących się tras i ścieżek dydaktycznych. Dodatkowo, na szlaku nie spotkałam niemal nikogo, poza jeleniem z ogromnym porożem i jego łanią, co dla mnie jest ogromną zaletą.

Rozdroże pod Bieścem
Droga przeciwnie – wręcz boska!

Dzień zakończyłam gigantycznym obiadem w schronisku Jagodna i objazdem pętli Glacensis o tej samej nazwie, ale wrócimy do tego w piątym dniu wyprawy.

Strava dzień 2

Dzień trzeci – Międzygórze i Śnieżnik

Tego dnia – 31 maja – pogoda miała być najlepsza, więc zaplanowałam najdłuższą wyprawę: na Śnieżnik. Z Długopola łatwo przedostałam się polami i spokojnymi drogami do Międzygórza – jednak już niemal od samego pensjonatu miałam przed sobą mniej lub bardziej nachylony podjazd, który miał się skończyć… Dopiero na Śnieżniku.

Choć podjazdy nie są mi straszne, to po około 20 km tej przyjemności poczułam, że słabnę. Czasem tak bywa, że może z powodu niewyspania lub odwodnienia organizm zaczyna szwankować i taki właśnie dzień mi się wówczas trafił. Na Śnieżnik podjeżdżałam rowerowym szlakiem – niebieskim pieszym – na którym w zeszłym roku jadąc z Sergiuszem zostawiłam QOMa, tym razem jednak zatrzymywałam się dosłownie do kilkanaście metrów. W schronisku dałam radę tylko wypić herbatę, i ogłuszona latającym nad Śnieżnikiem helikopterem, ruszyłam na szczyt.

Klasyk w Międzygórzu 🙂
Szlak rowerowy na Śnieżnik

Z powodu formy zrezygnowałam z wypychania roweru do samej góry, zostawiając go przypiętego kilometr przed szczytem. Budowa wieży na szczycie Śnieżnika sprawia, że góra obecnie przedstawia sobą smutny widok, a huk helikoptera odbiera wszelką radość. Szybko wróciłam po rower i ruszyłam dalej szlakiem w stronę Trójmorskiego Wierchu.

Miałam dwie możliwości: klasyczna opcja enduro zakłada przejechanie szlaków i ścieżek granicznych ze Śnieżnika przez Puchacz na Trójmorski i zjazd. To szlak trudny technicznie i kondycyjnie, a ja dopiero o 16:00 dałam radę wmusić w siebie pół kanapki od rana. Wybrałam więc zatem opcję łatwiejszą: szlak rowerowy do Jodłowa i podjęcie próby zdobycia Trójmorskiego spod ośrodka Ostoja.

Śnieżnik jest bardzo enduro 🙂
Tutaj wersja light, czyli szlak rowerowy w stronę Jodłowa, a na horyzoncie Czarna Góra

To była bardzo dobra decyzja. Szlak rowerowy po krótkim stosunkowo podjeździe okazał się dłuuugim, nietrudnym zjazdem do Jodłowa, a potem przyjemną szutrówką we frapującym, czerwonym kolorze błota przedostałam się do granicy. Tutaj czekał mnie sążnisty wypych na Trójmorski Wierch. Dzięki temu mogłam bardzo dokładnie przyjrzeć się temu, co mnie czeka na zjeździe – a było na co popatrzeć 🙂 Dywany korzeni na Starym Zielonym w Bielsku mogą się schować! Wieża na Trójmorskim Wierchu jest obecnie nieczynna, ale widok z samego szczytu są obłędne. Zjazd również, ale Hrabia Solo doskonale dał sobie radę z tym zadaniem!

Na sam koniec tego długiego i naprawdę wyczerpującego dnia nie odmówiłam sobie jeszcze zjazdu Pętlą Glacensis – Jodłów, a na koniec jeszcze droga powrotna o zachodzie słońca do Długopola przez Goworów i Gajnik okazała się absolutnym sztosem. Czyste piękno!

Strava dzień 3

Tu jeszcze wypycham, ale potem tu zjeżdżałam
Wieża na Trójmorskim Wierchu

Dzień czwarty – Skowronia Góra

Czwartego dnia siły były już naprawdę nadwątlone, ale prognozy znacznie się poprawiły i trzeba było to wykorzystać. Zaplanowałam spokojną wycieczkę przez Bystrzycę Kłodzką na Skowronią Górę, a potem – o ile sił starczy – przejazd przez Singletrack Glacensis do Międzygórza. Do Bystrzycy mogłabym dojechać pociągiem z rowerem, ale to tylko kilka minut podróży, zatem znowu wystartowałam z korby. Polecam Wam to przepiękne miasteczko, przypominające bardzo średniowieczne miasta włoskie na wzgórzach.

Mury miejskie
Rynek w Bystrzycy Kłodzkiej

Z Bystrzycy ruszyłam dalej przez spokojne drogi wiejskie w kierunku Starego i Nowego Waliszowa. Planowałam dotrzeć do żółtego szlaku pieszego, prowadzącego z wsi Żelazno na przełęcz Puchaczówka u stóp Czarnej Góry. Widoki na zielone, kwitnące łąki i niebieskie niebo nad głową szybko odwróciły moją uwagę od zmęczenia, a żółty szlak był wręcz wzorcowo piękną trasą!

Żółty szlak na Skowronią Górę
Na szczycie Skowroniej – widok na Czarną Górę

Skowronia Góra jest niewielkim wzniesieniem, ale oferuje niesamowite widoki na Kotlinę Kłodzką i otaczające ją pasma górskie. Dodatkowo, sama w sobie jest przeurocznym miejscem, z drogami obsadzonymi ślicznymi brzozami, przecinającymi rozległe pastwiska. Tuż obok przebiegają pętle Glacensisu: Międzygórze oraz Stronie Śląskie – tę ostatnią wybrałam jako trasę, która miała mnie doprowadzić na Przełęcz Puchaczówka.

W teorii. Bo w praktyce pętla Stronie Śląskie biegnie do miasteczka o tej samej nazwie – by dostać się na Puchaczówkę, musiałam w odpowiednim miejscu odbić w leśną drogę. Była wyraźnie zaznaczona na mapach, w rzeczywistości jednak „droga” okazała się pionową, rozjeżdżoną ciężkim sprzętem ścianą, która wypruła ze mnie wszelkie siły. Żeby tego było mało, do oka wpadła mi mucha, której nie zdołałam wydłubać i tak zdewastowana, z rozmazanym tuszem do rzęs i zapuchniętym lewym okiem, wspięłam się na przełęcz, a potem zjechałam asfaltem do karczmy w Siennej.

Więc w sumie dobrą wiadomością był fakt, że Bike Park Czarna Góra na razie jest czynny tylko w weekendy – trasa Milky Way wypadła z planu, choć bardzo mi się podobała w zeszłym roku. Podjechałam za to z powrotem na przełęcz Puchaczówka (to niezła atrakcja sama w sobie) i tam zaczęłam pętlę Międzygórze, która jeszcze w zeszłym roku nie istniała, więc była dla mnie nowością.

Pętla Stronie Śląskie – jedna z lepszych pętli Glacensisu
Cudna polna droga w stronę Długopola

Początkowo zaczynała się niemrawo, ale po kilku chwilach rozpoczął się syty, szybki zjazd do Międzygórza z dobrze trzymającym flow. Ostatecznie ta część pętli zdecydowanie na plus, a mam nadzieję poznać jeszcze jej drugą część, z Międzygórza ku Skowroniej Górze (kiedy miałam urlop, fragment tej pętli był zamknięty, ale na dziś 17 czerwca już można jeździć po całości). Z Międzygórza wróciłam dokładnie tą samą drogą, którą przyjechałam pod Śnieżnik dzień wcześniej, więc oba dni spięły mi się w piękną klamrę. Miałam przed sobą jeszcze ostatni dzień na jazdę.

Strava dzień 4

Dzień piąty – Jagodna!

W poprzednie cztery dni wyruszałam z Długopola we wszystkie kierunki świata: na zachód, południe, północ i wschód. Piątego dnia mogłam więc wybrać dowolnie, ale wybór był niemal oczywisty – powrót na moją ukochaną, wytęsknioną Jagodną. Co więcej, gdy rano leniwie śniadałam, okazało się na Instagramie, że w drodze na Jagodną jest właśnie Blondie On The Bike, z którą od dawna planowałyśmy umówić się na jazdę i już nam dwa razy nie wychodziło! Tym razem musiało się udać!

Petla Jagodna o zachodzie słońca

Zebrałam się o wiele szybciej niż planowałam i pognałam do schroniska. „Gnać” to zdecydowanie zbyt duże słowo na moje kompletnie wyczerpane już na tym etapie siły, ale dałam z siebie wszystko. Umówiłyśmy się z Kasią, że ona tymczasem razem ze swoim partnerem objedzie już raz całą pętlę, a ja poczekam na nich w schronisku, uzupełniając kalorie.

Nareszcie się udało razem pojeździć! 🙂

Nie czekałam długo, kiedy usłyszałam z daleka piękne cykanie Treków i zobaczyłam roześmianą Kasię 🙂 Po chwili już we trójkę ruszyliśmy na singletrack. Kasia i Daniel to doskonali towarzysze do jazdy i nieźli zawodnicy. Na podjeździe musiałam się dobrze napracować, żeby nadążyć za Blondie, a podjazdów zrobiliśmy dwa! Drugi w dodatku wybrałam dla odmiany po trasie narciarskiej, i dobrze, że sama tego chciałam, bo sztajfa jest tam potężna – podjazd pętlą Glacensisu jest zdecydowanie przyjemniejszy! Dwa zjazdy pętlą były wybitnie dobre, flow na Jagodnej jest niesamowite – w górę i w dół zresztą. Pętla liczy około ok 13 km i „tylko” 400 m przewyższenia, ale jest świetnie zaprojektowana, dzięki czemu nic nie przeszkadza w zabawie.

Ja i Blondie on the Bike lecimy do wieży – fot. Daniel
Kasia na podjeździ trasą narciarską
Widok z wieży na szczycie Jagodnej
I moi towarzysze w dole 🙂

A wyjątkowo, jak na Glacensis, macie tu od razu do dyspozycji genialne miejsce na przerwy – schronisko Jagodna jest jednym z najlepszych schronisk PTTK w Polsce. Przepiękna jadalnia, doskonała kuchnia i wybitna ekipa schroniskowa razem składają się na niezapomniany klimat – kto raz tu trafił, na pewno będzie chciał wrócić. Absolutnie kultowe miejsce! Uważajcie na porcje dań, są gigantyczne i spokojnie można zamawiać 1 obiad na dwie osoby. Jedynym minusem miejsca są naprawdę gigantyczne tłumy w weekendy i święta – do schroniska można dojechać autem, a kuchnia słynie daleko poza granice gminy Bystrzyca Kłodzka, dlatego liczcie się z utrudnieniami w dni wolne. Ekipa schroniska radzi sobie z tymi tłumami ludzi zdumiewająco dobrze 🙂

Strava dzień 5

Kotlina Kłodzka – perła Dolnego Śląska

Mam nadzieję, że przekonałam Was, jaką moc atrakcji oferuje ta magiczna kraina. Pieszo czy na rowerze, Kotlina to mnóstwo szlaków, dróg i pięknych miejsc do odwiedzenia. Warto zajrzeć do uzdrowisk albo rozkoszować się piękną przyrodą. Dla miłośników zwiedzania znajdą się zamki, dla foodies pyszne jedzenie. Kawałek dalej w Srebrnej Górze zaczynają się już Góry Sowie, oferujące fanom militariów zwiedzanie elementów tajemniczego kompleksu Riese. Może dotrzecie aż do Wałbrzycha śladem złotego pociągu? Ja tu wracam za każdym razem z rozkoszą i nie sądzę, by mi się to szybko znudziło!

A to już cyk! Wrocław 🙂

Rowerzystom natomiast zwracam uwagę na Trasy Enduro NS Bikes w Srebrnej Górze, Bike Park Czarna Góra, setki kilometrów tras Singletrack Glacensis, dla rodzin – nowootwarty familijny Bike Park Zieleniec, i oczywiście niezliczoną ilość kilometrów tras rowerowych, szlaków pieszych i zwykłych polnych dróg, które czekają na Wasze odkrycie. A co dopiero mówić o czeskiej stronie granicy!

Macie jakieś ulubione miejsca na Dolnym Śląsku? 🙂

Tagi:

2 myśli na “Kotlina Kłodzka z rowerem – Glacensis i inne szlaki”

  1. Oj tą Jagodną już mnie dawno zaczarowałaś. Muszę tego doświadczyć na własnej skórze. Pozwolę sobie zaczerpnąć ze stravy kilka ścieżek, bo muszę tam pojechać. Kto wie może się tam spotkamy;)

    1. Koniecznie! Cudowna atmosfera tego miejsca nie zmieniła się od 2014, kiedy tam byłam po raz pierwszy, a teraz kiedy dołożyli świetną pętlę Glacensis wokół szczytu, to powodów do odwiedzin jest jeszcze więcej 🙂 W ogóle Góry Bystrzyckie i Orlickie polecam, spodobają Ci się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *