Od Międzylesia do Srebrnej Góry po Singletrack Glacensis, czyli wokół Kotliny Kłodzkiej cz. 1

Odkąd pierwszy raz parę miesięcy temu zobaczyłam film z przejazdu którejś z pętli Singletrack Glacensis, nabrałam ogromnej ochoty na odwiedzenie Dolnego Śląska na rowerze. Chciałam to zrobić już w kwietniu, ale sami-wiecie-co stanęło mi na drodze. Potem w czerwcu udało się wybrać na cztery dni w Sudety Zachodnie, ale zabrałam Canyona i cele wyjazdu były nieco inne. Canyon zresztą wtedy spisał się bardzo dobrze, może poza pomysłem przejechania jednej z tras Strefy MTB Sudety… Tam lepiej sprawdziłby się hardtail i to właśnie Hrabiego Solo wyszykowałam na lipcową wyprawę na Singletrack Glacensis.

Co to jest Singletrack Glacensis?

Realizowany od 2015 pomysł na oplecenie Ziemi Kłodzkiej siecią tras rowerowych typu singletrack nie ma żadnego odpowiednika w innym regionie na tak dużą skalę. To około 260 km (licząc z łącznikami szutrowymi i asfaltowymi) tras zaplanowanych i wybudowanych od Jagodnej po Srebrną Górę, układających się w stosunkowo nieprzerwaną linię wokół Kotliny Kłodzkiej. Ten układ właśnie zainspirował mnie do pomysłu przejechania ich jednym ciągiem z plecakiem, choć od razu muszę zaznaczyć, że lepiej się one nadają do pętlowania, czyli zaczynania ich i kończenia w tym samym miejscu – na parkingu, zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem. Mają jednak spory potencjał turystyczny, bo wyznajczają nam naturalnie drogę przez najciekawsze ośrodki Sudetów Wschodnich, takie jak Międzygórze, Stronie Śląskie, Lądek Zdrój, Złoty Stok i Bardo Śląskie, a także dwie świetne rowerowe miejscówki: Czarną Górę i Trasy Enduro by Kellys w Srebrnej Górze. Brzmi dobrze? Jak dla mnie tak!

Logistyka i szczegóły techniczne wyjazdu

Nie miałam wątpliwości, że na Glacensis zabieram lekkiego hardtaila i miałam w tym absolutną rację. Zagęszczenie podjazdów, które musiałabym pokonać na rowerze enduro, prawdopodobnie przyprawiłaby mnie o załamanie nerwowe już drugiego dnia i odesłałabym Canyona do domu paczkomatem. Postanowiłam jednak Hrabiemu Solo (Rose Count Solo) dodać nieco animuszu i wstawiłam mu regulowaną sztycę, którą dawno miałam już w planie, a odkąd mam Canyona, uważam za wydatek właściwie niezbędny. Koszt spory, ale frajda i użyteczność ogromna.

Jechałam jak zwykle z moim 18-litrowym plecakiem Evoc FR, który nie jest najlżejszym i najbardziej pakownym bagażem, ale sprawdza się przy odpowiednim minimalizmie garderoby. Jedyne, czego nie zabrałam i trochę mi tego brakowało, to ochraniacze – co prawda nosiłabym je do lycry, ale na zjazdach i na tym ponurym żwirze, który najczęściej pokrywa trasy Glacensis, dodałyby pewnie odwagi. Choć z drugiej strony: przejazd solo i z napchanym plecakiem i tak wymuszał na mnie ostrożność, więc może dobrze się stało, że nie było okazji do dodawania gazu.

Dzień pierwszy: od Międzylesia do Międzygórza – 57 km

Właściwie na chybił-trafił wybrałam kierunek do Srebrnej Góry, mając w planie zakończyć lipcowy trip w tym samym miejscu, co czerwcowy (Singletrack pod Smrkiem – Pasmo Rowerowe Olbrzymy – Trasy Enduro Srebrna Góra). Nic nie stoi na przeszkodzie, by wybrać się w drugą stronę i zacząć na przykład w Bardzie Śląskim lub Srebrnej Górze, chociaż jest kilka szczegółów, które przemawiają za „moim” kierunkiem. Ale to na koniec.

Ja zdecydowałam się zacząć od bardziej wysuniętego miejsca na mapie względem Wrocławia, a trudno o bardziej wysunięte w Kotlinie Kłodzkiej niż Międzylesie. Dostałam się tam pociągiem kursującym do czeskiego Lichkova – w ciągu dnia znajdziecie kilka połączeń Kolei Dolnośląskich i pociągów Regio. Ponieważ w urlop wcięły mi się wybory, postanowiłam jechać tylko te pętle, które są stosunkowo blisko siebie w jednym łańcuchu, dlatego nie atakowałam usytuowanej w Górach Bystrzyckich Jagodnej, chociaż to skądinąd jedno z moich najukochańszych miejsc w Sudetach. Miałam na to 4 i pół dnia, bo najpóźniej o 15:00 musiałam z Barda ruszyć do Wrocławia i przesiąść się na pociąg do Krakowa.

Rzut oka na Międzylesie

W Międzylesiu czekała na mnie pętla o zaskakującej nazwie Międzylesie (10,2 km długości/199 m przewyższenia – w nawiasach podaję całkowite długości pętli ze strony Singletrack Glacensis, nawet jeżeli jechałam tylko pół). Zaczyna się i kończy dokładnie w tym samym miejscu, nieco powyżej stacji PKP. Widać, że jest nowiusieńka, wysypana w całości szarym żwirem. Wije się po zboczu w lesie (między-lasem, he he!), jest programowo wyposażona w bandy i mostki, podjazd jest odpowiednio rozłożony, zjazd jest… Zjazd jest. Ponieważ podobno każda gmina sama buduje swoje trasy, to mogą się one nieco od siebie różnić jakością wykonania. Międzylesie jest na pewno dobra do ćwiczenia łydy, ale są w niej miejsca, które wybijają z rytmu na zjeździe i odbierają punkty za całokształt (głębokie rowy w kształcie niemal litery V, które przejeżdża się zwyczajnie nieprzyjemnie). Niestety nie jest też widokowa.

W samym miasteczku nie spodziewającie się kawy przed 12:00 (obie restauracje nie otwierają się przed tą godziną, ale mrożoną kawę z automatu znajdziecie w cukierni – ostrzegam, że nie testowałam!), jest za to kilka sklepów i zamek do samodzielnego zwiedzania. Zainteresowanym zwiedzaniem polecam ten wpis mojej ulubionej Podróże po kulturze o mniej znanych atrakcjach Ziemi Kłodzkiej. Z Międzylesia malowniczą drogą przez pola oraz miejscowość Szklarnia udałam się na Pętlę Jodłów, zaliczając po drodze dość spory podjazd.

Na Pętlę Jodłów  (13,1 km/272 m w górę) zajechałam trochę od tyłu, więc najpierw musiałam pokonać odcinek podjazdowy, a raczej powrotny na miejsce startu, czyli parking w okolicy Ośrodka Górskiego Ostoja w Jodłowie. Nie zmartwiło mnie to jednak wcale, bo odcinek dojazdowy na miejsce startu to jedna z najpiękniejszych dróg przez pola, jakie poznałam! A zważając na moje wieloletnie doświadczenie włóczykijskie, to widziałam tych łąk, pastwisk i przydrożnych kapliczek całkiem sporo. Dobra wiadomość dla nieskołowanych jest taka, że to jednocześnie niebieski szlak pieszy i uwierzcie mi, bardzo chcecie się nim przespacerować.

Po niecałych 5 kilometrach docieramy do parkingu, gdzie zaczyna się zjazd Pętli Jodłów (8 km), kończy i zaczyna Pętla Ostoja (13,9 km/311 m przewyższenia) oraz szlak pieszy na Trójmorski Wierch z wieżą widokową (och, jak mnie kusił!). Niestety, wbrew wielkiej drewnianej tablicy, nie znajdziecie tam żadnej kawy czy herbaty, bo przynajmniej w tym roku schronisko Ostoja jest zamknięte na głucho, a na drzwiach kredą widnieje wielki napis „PTASIA GRYPA”. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć w dół słynnego już odcinka Jodłów. I to jest sztos! W skali Glacensisu ten odcinek jest oznaczony jako „trudny”, trzeba jednak wziąć poprawkę, że trasy Glacensisu są naprawdę przystępne, wygładzone i zdecydowanie celujące w szeroką grupę rowerzystów MTB, więc nie oznacza to szczególnych trudności dla rowerzysty obeznanego z górskim terenem naturalnym. Wszystko oczywiście zależy też od prędkości przejazdu, a akurat Jodłów pozwala się rozpędzić i pobawić, a do tego serwuje najlepsze widoki z całego zestawu Glacensisów, które przejechałam.

Po przejechaniu z radością odcinka zjazdowego czekała mnie przyjemność przejechania powtórnie tego pięknego odcinku przez pola i powrót na parking, gdzie ruszyłam w stronę Międzygórza za pomocą jednej części Pętli Ostoja. To łagodna i łatwa droga przez górski las, która nie przysporzy żadnych problemów – żałuję, że nie miałam sił na objechanie jej w dwie strony, ale marzyłam już o obiedzie w Międzygórzu. Do samego Międzygórza doprowadza zjazdowy odcinek Pętli pod Śnieżnikiem (7,8 km/218 m przewyższenia), który mimo swojej skromnej długości sprawia naprawdę dużo frajdy, fajnie bujając i pozwalając na płynny zjazd. Z chęcią wróciłam tam po obiedzie nad wodospadem Wilczki i już na lekko po meldunku w pensjonancie objechałam jeszcze odcinek podjazdowy tej pętli, by jeszcze raz zjechać sobie te miłe zakręty Pętli pod Śnieżnikiem. Ochrzciłam ją nawet mini-Twisterkiem, ale naprawdę mini, więc proszę, nie bierzcie sobie tego do serca i nie zwalajcie się do Międzygórza ze swoimi Hailami i Reignami!

Samo Międzygórze natomiast nazywane jest nie bez powodu Perłą Sudetów – to wieś przepięknie wtulona w Masyw Śnieżnika, o zachowanej jeszcze, alpejskiej w charakterze architekturze, z wyjątkowo malowniczym wodospadem rzeki Wilczki i szlakami prowadzącymi na Śnieżnik. Warto odwiedzić ją również bez roweru i zanurzyć się w tym klimacie nieco tylko zakurzonego uzdrowiska, póki jeszcze nie wszystko świeci się chromowanymi poręczami i nie jest wymalowane na biało jak wszystkie wnętrza z Instagrama. Dojeżdża PKS z Kłodzka.


Dzień drugi: Międzygórze – Stronie Śląskie (Konradów) – 66 km

W dniu, kiedy ja startowałam z Międzygórza, czyli 14 lipca 2020, Pętla Międzygórze (29 km/782 m w górę) łącząca tę wieś i trasy wokół Stronia Śląskiego nie była jeszcze oficjalnie oddana do użytku i chociaż ciekawość była dojmująca, pojawił się inny pomysł na ten dzień. Wiedziałam, że chcę dostać się na Czarną Górę i zjechać z niej Milky Wayem, trasą należącą do kompleksu Bike Park Czarna Góra, ale uzgodnioną w ramach projektu Singletrack Glacensis. Tego dnia postanowił do mnie dołączyć Sergiusz, którego obserwuję chyba od początku mojej obecności na Instagramie, czyli ponad dwa lata – dojechał on rowerem do Międzygórza z Kłodzka, czyli 30 km w jedną stronę, co przynajmniej nieco wyrównywało nasze kondycyjne szanse. Podpowiedział też, którym szlakiem dostaniemy się najłatwiej do schroniska na Śnieżniku i około 10:30 wyruszyliśmy w górę.

Znacie mnie już pewnie i wiecie, że ostatnia rzecz, z jakiej słynę, to średnia prędkość przejazdu, więc tylko dzięki towarzystwu Sergiusza na Halę Śnieżnicką dostaliśmy się całkiem żwawym tempem. Zrezygnowaliśmy z wynoszenia rowerów na szczyt (choć mnie kusiło) i dalej ruszyliśmy przepięknym czerwonym szlakiem przez Żmijowiec z widokami na wszystkie strony świata. Na krótko odbiliśmy, by obejrzeć Mariańskie Skały (warto) i dość szybko stanęliśmy u stóp stromego wypychu pod końcową stację kolejki na Czarną Górę.

Nie mam niestety materiału z przejazdu Milky Wayem, ale musicie uwierzyć mi na słowo, że to naprawdę doskonała zabawa – choć bardziej wymagająca niż trasy Glacensis. Milky Way wyłożony jest cudnymi białymi głazami, w górnej części widokowy i poprowadzony z rozmachem – cieszyłam się jak dzieciak! Co prawda wyróżniałam się na tle uzbrojonych po zęby, a raczej po szczęki kasków rowerzystów enduro i downhill, na moim rekreacyjnym hardtailu, w lycrze i bez żadnych ochraniaczy, a do tego z ogromnym garbem napakowanego do pełna Evoca, ale to tylko dodawało niezwykłości temu zjazdowi, bo nie sądzę, by Hrabia Solo miał jeszcze kiedykolwiek okazję trafić do bike parku. Na dole zjedliśmy obiad w Karczmie Puchaczówka i ruszyliśmy jeszcze zobaczyć pewne miejsce spoza tras Glacensis, ale bardzo warte uwagi – Skowronia Góra, położona całkiem bliziutko planowanej Pętli Międzygórze i z obłędnymi widokami na całą Ziemię Kłodzką. Spójrzcie sami!

Na Skowroniej Górze pożegnałam Sergiusza, który ruszył do Kłodzka, a ja ruszyłam na spotkanie z pierwszą tego dnia trasą Glacensis. Był nią zjazdowy odcinek Pętli Stronie Śląskie (22,4 km / 735 m przewyzszenia) i od razu się w nim zakochałam! Wysypany białym żwirkiem świetnie pasował do Milky Waya i oferował fajny, płynny i szybki zjazd. Polecam bardzo! Jestem tym bardziej ciekawa odcinka podjazdowego, który niestety wypadł z planu z powodu Skowroniej Góry (ale niczego nie żałuję!), za to dzięki sprawnemu przejazdowi w pierwszej połowie dnia starczyło mi czasu na dojazd i objazd całej Pętli Rudka (8,9 km/250 m przewyższenia). I ona też jest świetna! Odcinek podjazdowy przywiódł mi na myśl świeradowski Zajęcznik, a zjazd był stasyfakcjonujący, szybki, dobrze wyprofilowany i trochę urozmaicony głazami. W dolnym odcinku nieco zwichrowały go deszcze, ale pętle siłą rzeczy nabierają z czasem bardziej naturalnego charakteru i nie uważam tego za wadę. Z Rudki zapamiętałam jeszcze rustykalne bandy i naprawdę nie ma lepszego określenia na ich charakter – ale zdjęć nie mam, musicie przyjechać zobaczyć je sami 🙂

Po tradycyjnym popasie pod sklepem ruszyłam na nocleg pieszym szlakiem do cudnego Konradowa, gdzie o zachodzie słońca trafiłam do Starej Plebanii, niesamowitego miejsca z serdecznym gospodarzem, które szalenie polecam. Szukajcie ich na Bookingu, rezerwujcie noclegi, bo to naprawdę wyjątkowe, zaczarowane miejsce!

Stara Plebania w Konradowie – budynek z prawej pochodzi z połowy XIV wieku!

3 myśli na “Od Międzylesia do Srebrnej Góry po Singletrack Glacensis, czyli wokół Kotliny Kłodzkiej cz. 1”

  1. czerwona część pętli Międzygórze (przełęcz Puchaczówka > Międzygórze) jest świetna, głównie floł w dół – za to część podjazdowa jest paskudna. Przejechana, zaliczona, raczej nigdy więcej :/

    1. O, dzięki za cynk! Ominęłam ją i w takim razie nie zamierzam do niej wracać, skoro ją sprawdziłeś. Początkowo część zjazdowa też zaczynała się brzydkawo, więc wierzę, że ta podjazdowa też może nie robić dobrego wrażenia… Beton przez rzadki las pewnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *