„Tychania” znaczy „zacisze” – Beskid Niski dzień 2

B. pisze, że mam nie jechać żółtym do Regietowa, tylko wracać przez Hańczową i Skwirtne. Pukam się w głowę: po pierwsze primo, nienawidzę się wracać i powtarzać tę samą drogę, a dwa, w Hańczowej jest wstrętny podjazd, który wczoraj zjechałam z najwyższą radością pławiąc się w zachodzącym słońcu, ale którego kolejnego dnia nie chcę od dołu maglować. Żółty szlak pieszy przeprowadzi mnie z Blechnarki do Regietowa przez las, ale podobno jest mylny. Ale kto, jeśli nie my – Hrabia i Hrabina Solo, więc z duszą na ramieniu, oglądając się w kółko za niedźwiedziami, wjeżdżam w rudy jak miedziany rondel las i czekam na tę grapę, którą straszył mnie B. Uważnie, choć na czuja, włażę w kolejne, pełne kolein odnogi ścieżki i z Bożą pomocą melduję się na Przełęczy Regetowskiej, nie gubiąc. Sikam przy szlaku tuż przed tym, jak przejeżdża terenowe auto wypchane dzieciatą rodziną: wąsaty mężczyzna za kierownicą jest chyba szczerze zdumiony widokiem samotnej rowerzystki pedałującej wesoło w mokrym jednym bucie (liście skutecznie zakryły bajoro, w które wpadłam po kostkę) wprost z serca lasu. Byłby zapewne bardziej zdziwiony, gdyby zastali mnie z jeszcze opuszczonymi gaciami. Kawałek dalej, pod dzwonnicą, stoi kamper i kręci się wokół niego biszkoptowy pies. Pies mnie zaczepia, a siedzący na leżaku przed autem właściciel, grzejąc się w porannych promieniach, pyta ze zdumieniem, czemu tak sama jeżdżę. Bingo! Wycieczka bez tego pytania byłaby niezaliczona. Cieszę się, że nie zgubiłam szlaku w lesie, ale przede mną przejazd przez nieistniejące wsie i wyobrażam sobie, że tego dnia będą to październikowe wakacje z duchami, więc się obawiam, chociaż zgrywam luzaka. O, nie mogłam się bardziej mylić.

W Blechnarce włażę do zarośniętej krzakami cerkwi po mszy, kukając ostrożnie jednym okiem z sieni, nie chcąc przeszkadzać jeszcze modlącym się. W Regietowie zamknięta brama cmentarza. Jadę dalej przez las, zatrzymując się, by machnąć piękne zdjęcie z widokiem na krowy. W Smerekowcu cielę żałośnie samotne pod przydrożnym krzyżem, kosmate, i różaniec w cerkwi. Odmawiam grzecznie „Zdrowaś Mario”, by sobie do woli obejrzeć ikonostas. Dalej Zdynia, cerkiew odsunięta od drogi, biegnącej wysoko przez wzgórze, więc zmęczona podjazdem cykam fotkę z daleka i zjeżdżam do Koniecznej, gdzie znowu wsadzam swój czarny, czarci, pogański łeb w kasku do cerkwi tuż po nabożeństwie. Jestem gotowa wycofać się, gdyby tylko ktoś zwrócił mi uwagę, ale młody kościelny – tak to się mówi? – krząta się po wnętrzu nic nie komentując, więc dłuższą chwilę stoję zachwycona światłem, wirującym w powietrzu kurzem i zapachem drewna, które to wszystko wciągam w siebie łapczywie i nerwowo uwieczniam, poza zapachem, na zdjęciu. Pod cerkwią jest zadbane boisko do piłki nożnej, z nowiuśkimi bramkami, wesoło.

Dalej mam już zjazd na Radocynę i koniec, uff, asfaltu. Wjeżdżam w tę najpiękniejszą z możliwych, archetypiczną, wzorcową żółtą polną drogę pod niebieskim niebem, jakby narysowało ją dziecko. Wiecie, że takie kocham najbardziej. Mogłabym nadłożyć trochę drogi, by zobaczyć miejsce na bazę namiotową, ale zostawiam sobie ten smaczek na inny raz – pilnuję czasu. W lesie dwóch rajderów enduro, jak myślicie, powiedzieli mi „cześć”? A potem już drzwi nieistniejącej wsi numer jeden i kieruję sie w stronę Czarnego.

Cerkiew w Blechnarce
Żółty szlak graniczny do Regetowa

Muszę zobaczyć Czarne, bo wiadomo, Sznajderman i Stasiuk. Mam świeżo w pamięci fragmenty „Pustego lasu” o chacie w Czarnem bez prądu i ciężkich zimach. I tam właśnie, jeszcze w Radocynie, zaczynam się przekonywać, że w słoneczną niedzielę te nieistniejące wsie to całkiem tłoczna destynacja. Od Radocyny nie mam zasięgu, więc zatrzymuję się pod analogową mapą koło ośrodka wypoczynkowego, próbując zorientować, gdzie jestem. Jakoś nie mogę ustalić kierunków. Podjeżdża do mnie inny rowerzysta, którego wcześniej wyprzedziłam i już wiedziałam, że na pewno mnie zaczepi. Już z daleka mogę poznać po minie, kogo szalenie interesuje moja samotność na szlaku i kto z pewnością przyczepi się do mnie, żeby się koniecznie dowiedzieć, gdzie jadę. Ten oczywiście chciał. Gadamy chwilę o szlakach, był chyba z Gorlic, ale nie ujawniam, że zamierzam być w Gorlicach za dwa dni i szybko się żegnam pod byle pretekstem, bo jedną z największych i nigdy nie odkrytych przez takich typków tajemnic Wszechświata jest fakt, że jak ktoś jeździ sam, to może właśnie po to, by jeździć samemu, a nie wdawać się w towarzyskie atrakcje. Ruszam szybko, on zostaje w tyle, ale niestety dogania mnie, kiedy fotografuję Hrabiego pod krzyżem i krzyczy, że skoro chcę do Nieznajowej, to źle pojechałam i muszę tam w prawo skręcić. Tak mnie zakręca, że rzeczywiście go słucham i wracam, a jechałam dobrze, bo przecież jechałam na Czarne! A tak, to posłusznie wracam i ruszam na Nieznajową i teraz nie wiem, czy dojechałam już do Czarnego tam, pod tym krzyżem, czy wciąż trochę mi brakło. On pomknął na Czarne.

No więc jadę już na Nieznajową i zaczynają się te słynne brody na Wisłoce, które szalenie mnie cieszą. Przyjemność będę miała podwójną, bo przy drzwiach do nieistniejącej wsi Nieznajowa zawrócę i przejadę z powrotem tą samą drogą, by przez Długie uderzyć na Wyszowatkę. Tam, na tym szlaku do Nieznajowej, turystów było najwięcej, o sikaniu nie byłoby mowy, a do zrobienia zdjęcia drzwiom wsi stała całkiem długa kolejka. Ktoś z pieszych turystów zostawia z wrażenia pod drzwiami kije, ale wołam ich i wracają. Mogłam złośliwie nie wołać, bo chwilę wcześniej zirytowali mnie, rozkładając się pokotem na samym środku szlaku, szeroko. Co za gamonie, no nie? Ale jest cudowny ciepły dzień, więc wybaczam, tak jak wybaczam potem (z trudem) wstrętnym quadowcom rżnącym przez szutrową drogę w Długiem i wzniecających taki gargantuiczny tuman kurzu, że prawie dosłownie się duszę i przez dobre parę minut nie widzę nie tylko drogi, ale nawet najmniejszego kawałka nieba. Skręcam na Długie i uciekając podjazdem przed parą całkiem dziarsko pedałujących rowerzystów w wieku moich rodziców, pospiesznie wspinam się do Wyszowatki.

Nieznajowa
Wielkie nieba, wielkie drogi – w kierunku Radocyny

Przez Wyszowatkę przejeżdżam szybko, ciesząc się widokami i klimatem miejsca, w którym zatrzymał się jakiś 1985 lub 1987 rok. Czeka mnie teraz droga przez Żydowskie i oczywiście boję się, bo przecież to droga przez właściwie rezerwat, pustkowie leśne, i pewnie będę tam sama i pewnie przyjdzie niedźwiedź i pewnie mnie zje. O, jaka kolejna sroga pomyłka. Jeszcze nieśmiało przekraczam znak zakazu wjazdu, ale szybko orientuję się, że to zakaz nieaktualny. Przez Żydowskie mkną samochody. Droga, która do niedawna była objęta zakazem ruchu pojazdów mechanicznych, teraz jest już rozjeżdżana przez ryczące motory i osobówki. Aż mi trudno uwierzyć. Kiedy siedzę na ławce z widokiem na rezerwat Ciechani, przejeżdżający autami zwalniają, baranim wzrokiem gapią się w przestrzeń, ale nic nie widząc – przecież tam nic nie ma  – odjeżdżają, niewzruszeni. Dlaczego tak się stało? Gdzie teraz będą mieszkały żbiki? Nie wiem. Na drugim końcu drogi, od strony Krempnej, jest nawet toi-toi, w którym można umyć ręce. Brakuje tylko McDonaldsa.

Chwilę majtam nogami na ławce, ze wzruszeniem myślę o Ciechani, ale w gruncie rzeczy uciekam stamtąd szybko. Właściwie myślę już tylko, czy znajdę po drodze jakąś restaurację, ale na ten dzień to marzenie ściętej głowy. Dobrze, że w Krempnej jest otwarty sklep, powolna sprzedawczyni obsługuje długą kolejkę niedzielnych przeciwników zakazu handlu, w tym mnie, piastującą w objęciach co najmniej 3 butelki różnych napojów i ciastka. Kolorowa cerkiew w Krempnej i mknę dalej. Po popasie w Polanach – innych Polanach niż te wczorajsze – zupełnie znienacka dopada mnie, na sam koniec dnia, wściekły podjazd. Niekończący się podjazd, asfaltem. Na początku po prostu jadę, a potem coraz bardziej nie mogę uwierzyć. Jestem zmęczona, a tu ciągle w górę i w górę, nachylenie nie jest obłędne, ale bez końca, nad lasem zapada zmrok, a nie wiem jeszcze, ile tej męczarni do Chyrowej. Zdumiewam się coraz bardziej z każdym, coraz wolniejszym obrotem korby. W końcu widzę, że wyżej już nic nie ma, zaczynam zjeżdżać po drugiej stronie góry i w nagrodę dostaję nieziemski, pastelowy zachód słońca. Wzrusz! Prawdziwy, mglisty i pusty Beskid Niski! Mknę przez półmrok Chyrowej, mylę byka z krową (na szczęście jest uwiązany łańcuchem) i docieram w końcu na nocleg. Wielki owczarek w kojcu w ogóle na mnie nie szczeka, chyba jestem w jego oczach najmniej groźnym gościem podwórka. W domku, gdzie mam wynajęty pokój, jest piekielnie zimno, ale gospodyni spełnia swoją obietnicę i po chwili kaloryfery już parzą. Nie ma ani grama zasięgu, ale uspokajam się, bo jest wifi, są ciepłe kaloryfery i maltanki kupione w Krempnej, więc wieczór jest fajny. Następnego dnia jeszcze rest day!

Koszmarna, wyasfaltowana droga przez Żydowskie. Widzę na tym zdjęciu przełamanie, ciemne-jasne, jak rozcięcie przez ten dotąd cichy las.

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *